Panie Rajmundzie, jest taka prośba...

W świecie futbolu każdego dnia dzieje się dzisiaj tak wiele, że coś ważnego mogło zwyczajnie umknąć. Nawet to, że za radą Leo Beenhakkera wyszliśmy któregoś dnia z drewnianych chatek.

Raymond Domenech
 źródło: Twitter

Za kilka dni piłkarska Polska obudzi się w Rosji. I wszyscy będziemy bawić się nie byle jakim dylematem - ćwierćfinał, półfinał czy może jednak bezpośrednia batalia o złoto? Losowanie fazy grupowej mundialu odbędzie się już w piątek, dając początek niekończącym się spekulacjom. Globalny czempionat jak zawsze rozegrany zostanie najpierw w wyobraźni.

 

Zdążyliśmy już przywyknąć do świadomości, że po raz pierwszy w historii biało-czerwoni znajdą się w elitarnym towarzystwie i będą losowani z pierwszego koszyka. Co ważne - wcale nie dlatego, że ktoś pomyli kulki. Okazuje się jednak, że nie wszyscy trawią słodkie dla nas realia bez boleści. Oto pan trener Raymond Domenech wypalił wczoraj, że nie widzi żadnych argumentów, by w rankingu FIFA polski zespół plasował się wyżej niż reprezentacja Francji. A tak właśnie jest - my obecnie na 7. lokacie, „Trójkolorowi” dwie pozycje niżej.

 

Czy ktoś wpadnie na pomysł, by zapytać: kim jest Domenech? Nie bardzo wypada. Starsi kibice wiedzą, że mamy do czynienia z byłym reprezentantem Francji i szkoleniowcem wicemistrzów świata z 2006 roku. Młodsi być może pomogą sobie wyszukiwarką internetową i od razu przeczytają, że to jegomość, który został kiedyś zatrzymany w Bostonie, kiedy na ulicy sprzedawał za pół ceny bilety na jeden z meczów World Cup ’94. O czymś takim jak Black Friday nikt jeszcze wtedy nie słyszał. A poza tym to był wtorek. Ale okay, stare dzieje - nie ma co szydzić z błędów młodości.

 

Mocniej w pamięci zapadł mundial sprzed siedmiu lat w RPA, podczas którego Domenech okazał się architektem blamażu. Pod jego wodzą francuscy piłkarze w trakcie turnieju ogłosili… strajk, jawnie traktując swego szefa jako persona non grata. Zdobyli tyko jedną bramkę, zajęli ostatnie miejsce w grupie i wrócili do domu z czerwonymi uszami. Na ich selekcjonera z kolei wylała się taka breja nienawiści, że w przypływie zagubienia wynajął agencję PR do obrony swego dobrego imienia. A potem opisał to wszystko w książce. Tytuł znamienny: „Straszliwie sam”.

 

Dzisiaj monsieur Domenech otwarcie kwestionuje światowy ranking drużyn narodowych. Oczywiście ma do tego pełne prawo. Trudno jednak nie zauważyć, że czyni to bez werbalnej gracji i zgoła bezceremonialnie. „Nie widzę żadnego argumentu” - jak na bystrego obserwatora trochę słabo. Naprawdę żadnego? Sympatycy krykieta czy curlingu pewnie potrafiliby wskazać przynajmniej jeden.

 

Panie Rajmundzie, jest taka prośba - zaczekajmy z argumentami przynajmniej do czerwca. Może w swej zero-jedynkowej optyce nie jest pan dzisiaj straszliwie sam, ale pole widzenia wydaje się jednak mocno zawężone. Kiedy Rosja stanie się latem największym teatrem świata, prościej będzie dostrzec to, co w tej chwili może jeszcze nie do końca nabiera łatwo definiowalnych kształtów.

 

Na razie nikt się rzecz jasna na Domenecha nie gniewa. W świecie futbolu każdego dnia dzieje się dzisiaj tak wiele, że coś ważnego mogło mu zwyczajnie umknąć. Choćby to, że za radą Leo Beenhakkera wyszliśmy któregoś dnia z drewnianych chatek. Nawet jeśli nie na zawsze, to bez paru kolejnych skalpów za pasem raczej nie wrócimy…

 

Z tej samej kategorii