Suma wszystkich piekieł

Scotland manager Gordon Strachan and assistant Mark McGhee during training
 źródło: Reuters

Kierowani kapryśnym usposobieniem lubimy powtarzać, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Widać jednak jak na dłoni, że to nieprawda. Dzisiaj dobrze jest tam, gdzie pojawiają się wybrańcy Nawałki.

W kawalkadzie zdarzeń łatwo było o tym zapomnieć, ale mija właśnie rok od wydarzeń, które stały się plamą na selekcjonerskiej kadencji Adama Nawałki. Chodzi o aferę alkoholową. Wybuchła w piłkarskiej kadrze poprzedniej jesieni i zbulwersowała nawet najbardziej zagorzałych fanów biało-czerwonej armady. Upływający czas spowodował, że skurczyła się w naszej pamięci do rozmiarów incydentu, jednak wtedy momentami chodziły po głowie najczarniejsze myśli. Również takie, że to początek końca…

 

Dzisiaj tamten wybryk nie ma znaczenia. Jesteśmy finalistami mistrzostw świata i odliczamy dni do rosyjskiego mundialu. Cel ponadrocznej batalii został zatem osiągnięty. Naród jest dumny. A skoro tak, swoich bohaterów chce oklaskiwać i wielbić.

 

Jest na świecie rzesza kibiców i piłkarzy, którzy oddaliby wiele, żeby obudzić się któregoś poranka na naszym miejscu. Ale nie wystarczy bardzo chcieć. W sporcie nie tylko suma szczęścia równa się zero. Suma uwielbienia również. Dzisiaj jesteś herosem, jutro kimś wyklętym lub zgoła degeneratem. I na odwrót.

 

W tym mniej korzystnym położeniu znaleźli się właśnie reprezentanci Chile, których światowe media przedstawiają jako „bandę straceńców i imprezowiczów”. Taki Arturo Vidal - klubowy kolega Roberta Lewandowskiego z Bayernu Monachium - otwarcie nazywany jest alkoholikiem. Na finiszu przegranych eliminacji zamiast trenować i wizualizować strategię triumfu, łykał mocne trunki i tańczył. Ale źle zaczęło się dziać o wiele wcześniej. Już przed dwoma laty w samolocie zapytał selekcjonera, czy może się napić piwa, a kiedy otrzymał odpowiedź odmowną, wrócił na miejsce i w asyście kompanów z kadry otworzył butelkę whisky. Musiał.

 

Podobno od roku nie pije już Gary Medel, ale co z tego, skoro Chilijczyków na mundialu nie zobaczymy. Podobnie jak ekipy Ekwadoru. Tamtejsza federacja zawiesiła wczoraj pięciu piłkarzy za złamanie regulaminu dyscyplinarnego przed meczem z Argentyną. Czmychnęli nocą z hotelu na krótki rekonesans po mieście i trochę pobłądzili.

 

Smutek również w innych krajach. Reprezentacyjną karierę zakończył Arjen Robben, a jego koledzy z reprezentacji Holandii - medalisty dwóch poprzednich czempionatów - też obejrzą turniej finałowy w telewizji. Ze spuszczoną głową z posadą selekcjonera żegnają się natomiast trenerzy, których żadnemu kibicowi nie trzeba przedstawiać - Bruce Arena w USA i Gordon Strachan (na zdjęciu) w Szkocji. Powód ten sam: brak awansu do imprezy czterolecia.

 

Na gruncie narodowym futbolowy świat podzielił się zatem na trzy segmenty. Przegrani zepchnięci zostali do piekieł, ekipy szykujące się do baraży to mały czyściec, a ci najlepsi znaleźli się w przedsionku futbolowego eldorado. Wśród nich my - z białym orłem na sercu.

 

Kierowani kapryśnym usposobieniem lubimy powtarzać, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Widać jednak jak na dłoni, że to nieprawda. Dzisiaj dobrze jest tam, gdzie pojawiają się wybrańcy Nawałki.

 

Podczas gdy w wielu miejscach globu odbywa się publiczne pranie brudów, my zaczynamy  bawić się przyjemnym dylematem – turniejowa baza w Soczi pod palmami czy może w Kazaniu pośród gór? Bez względu na ostateczny wybór trzeba pamiętać, że na mapie edenu najważniejszym punktem pozostaje Moskwa. To tam 15 lipca kończy się przedsionek…    

 

Z tej samej kategorii