Herosi też się gniewają

Przed trzema laty Zlatan Ibrahimović zajął drugie miejsce w głosowaniu na najlepszego sportowca wszech czasów w Szwecji. Nie zdobył się wówczas na najmniejszy gest satysfakcji. - Powinienem zająć pięć pierwszych miejsc - oznajmił bez ogródek. - Drugie miejsce jest warte tyle samo co ostatnie...

Irlandia - Szwecja
 źródło: Pressfocus

Sprawa była o wiele poważniejsza, niż mogło nam się wydawać. Zwykło się mówić, że u schyłku roku wszelkie plebiscyty, rankingi i podsumowania są przede wszystkim świetną zabawą. Jednak tego sortu przekonanie z realiami tak naprawdę ma niewiele wspólnego.

 

Kiedy przed trzema laty Zlatana Ibrahimovicia spotkało wielkie wyróżnienie, gdy w Szwecji zajął drugie miejsce w głosowaniu na najlepszego sportowca wszech czasów, nie zdobył się na najmniejszy gest satysfakcji. Zamiast tego zrobił to, co zwykle, czyli powiedział prostymi słowami, o czym myśli: „Powinienem zająć pięć pierwszych miejsc. Drugie miejsce jest warte tyle samo co ostatnie”.

 

Cały Zlatan. Ktoś powie, że to skrajny przejaw megalomanii, ale znajdą się pewnie i tacy, którzy szukać będą w jego słowach krystalicznie czystego ducha rywalizacji. Nie podlega natomiast dyskusji, że rankingi - tak misternie budowane przez kibiców i dziennikarzy - budzą ogromne emocje nie tylko u ich twórców, ale również u herosów sportowych aren.

 

Nie inaczej było tym razem. Prestiżowy plebiscyt „Sportu” na Piłkarza Roku gościł w domach naszych Czytelników przez okrągły miesiąc. To jedyny moment w roku, kiedy następuje zamiana ról – zawsze w takiej chwili to zawodnik czeka na to, co zrobi kibic. Potem albo przechodzi do historii w blasku chwały, albo oklaskuje tych, których publika pokochała mocniej.  

 

Oczywiście można się też bezładnie pogniewać - jak zrobił to Zlatan. Tylko czy w podobny sposób byłby skłonny postąpić Robert Lewandowski, który nasz plebiscyt wygrał po raz siódmy z rzędu? Trudno sobie to dzisiaj wyobrazić. Nadal zbyt mocno stąpa po ziemi, by pozwolić sobie na nieskrywaną pogardę wobec konkurentów. Ibrahimović to co innego - dawno temu uwierzył, że z ludźmi po prostu dzieli tę samą planetę. 

 

Nie zmienia to faktu, że utrata dzierżonego od 2011 roku tytułu byłaby dla „Lewego” dotkliwym ciosem. Ciosem, który i tak jest przecież nieuchronny. Kiedyś taki dzień nadejdzie – najpierw będzie musiał oddać berło, a potem pogodzić się z miejscem poza podium. Jak się właśnie okazało, w roku 2017 było na to stanowczo za wcześnie.

 

Jeszcze niespełna dekadę temu trudno było nam sobie wyobrazić, że za moment doczekamy się piłkarza, dla którego przechodzenie do historii stanie się czynnością niemal powszednią. A coś takiego dzieje się właśnie na naszych oczach. „Lewy” co chwila zapisuje się w futbolowych annałach mniej więcej tak, jakby wchodził od niechcenia do windy, by nacisnąć guzik i wjechać piętro wyżej.

 

Na której kondygnacji kończy się ten wieżowiec? I czy to na pewno drapacz chmur? To na razie jedna z tajemnic naszego bohatera. I wcale nie spieszy nam się, żeby do sedna tego sekretu dotrzeć… 

 

Z tej samej kategorii