Casting na telewidza

Mniej więcej co dwa lata oglądamy ten sam złowieszczy spektakl. Krótko po zakończeniu eliminacji wielkiego turnieju na polowanie wychodzi z nory okrutny los i dokonuje wstępnej selekcji.

Pilka nozna. Eliminacje do MS 2018. Polska - Armenia. 11.10.2016
 fot. Michał Stawowiak  /  źródło: 400mm

Tym razem jako jednego z pierwszych trafił Macieja Makuszewskiego. Przykra sprawa. Dobry piłkarz, sympatyczny facet, z pierwszą i prawdopodobnie ostatnią szansą na mundial. Dzisiaj już tylko pacjent. Latem telewidz.

 

Plan działania został dopracowany w detalach. Jutro wylot do rzymskiej kliniki Villa Stuart, w piątek rekonstrukcja zerwanych więzadeł, we wtorek powrót do kraju. I potem już tylko długie miesiące gehenny, czyli żmudna rehabilitacja.

 

W futbolowym światku przyjęło się, że trauma równa się skalpel. Ale nie każdy piłkarski dramat toczy się wedle tego samego schematu. Za pół roku przed telewizorem zasiądą również ci zawodnicy, którzy na zdrowie nie narzekają – przynajmniej w aspekcie fizycznym – a mimo to i tak z hukiem wypadają na margines. Na naszych oczach poza główny nurt wydarzeń wytacza się właśnie Łukasz Teodorczyk. Jeszcze rok temu nieustraszony pogromca bramkarzy, obecnie frustrat niebezpieczny dla samego siebie.

 

Kiedy ubiegłej jesieni „Teo” wymiotował na zgrupowaniu reprezentacji, Makuszewski wciąż jeszcze marzył o debiucie w drużynie narodowej. Żaden z nich pewnie nie przypuszczał, że u schyłku pierwszego półrocza 2018 roku połączy ich fotel i pilot TV. Ofiarą może się jednak czuć tylko jeden z nich, czyli „Maku”. Ambitny, pracowity, dobrze ułożony. Przegrał z losem i niewiele mógł zrobić, żeby temu zapobiec.

 

Teodorczyk nieco inaczej - przegrywa z samym sobą. Być może od nadmiaru wrażeń. Od dłuższego czasu nieprzerwanie biega przecież po murawie jako mistrz. Najpierw sięgnął po tytuł z Lechem Poznań, potem dwukrotnie z Dynamem Kijów i ostatnio z Anderlechtem Bruksela. Do tego ostatniego triumfu dorzucił jeszcze koronę króla strzelców.

 

Dzisiaj „Teo” ma na koncie tylko trzy gole, za to co i rusz sprawia problemy dyscyplinarne. Najpierw nie stawił się na spotkanie ze sponsorami klubu bez wcześniejszego usprawiedliwienia. Później były wulgarne gesty w stronę trybun. A zaraz potem został zawieszony na dwa spotkania za kopnięcie przeciwnika bez piłki i dostał od trenera wolny weekend na „oczyszczenie głowy”.

 

W miniony weekend też było źle - wyleciał z murawy za czerwoną kartkę. Kamery monitoringu zarejestrowały, że drzwi do szatni otworzył… soczystym uderzeniem głową, prawdopodobnie nie do końca oczyszczoną. W tym samym momencie rację bytu stracił złośliwy komentarz dziennikarza serwisu ESPN, który bodaj tydzień wcześniej stwierdził, że „Teodorczyk nie trafiłby nawet w drzwi od stodoły”.

 

Bardziej porusza jednak inny cytat. Już w listopadzie jeden z belgijskich dzienników donosił: „Jeśli jesteś na dnie, to musisz się wspiąć albo zakopać. Polak wybrał tę drugą opcję”. Mocne, prawda? Pytanie tylko, czy w wyścigu o miano pogrzebanego żywcem poza konkurencją nie pozostaje jednak Makuszewski…

Z tej samej kategorii