Słowo o wizerunku

Bogusław Leśnodorski Dariusz Muioduski
 fot. Piotr Kucza  /  źródło: newspix.pl

Dzisiaj wieczorem dojdzie w stolicy do decydującego spotkania mediacyjnego między współwłaścicielami Legii. W roli mediatorów wystąpią członkowie Polskiej Rady Biznesu.

Był 14 września 2016 roku. W Warszawie odbyły się tego dnia dwa święta. Od rana do zmierzchu - święto futbolu, wieczorem - święto hańby. Oba przy Łazienkowskiej 3. Po dwudziestu latach Legia wróciła do fazy grupowej Ligi Mistrzów, ale uległa Borussii Dortmund 0:6. A bandyci w kominiarkach zaatakowali zdrowszych od siebie ludzi gazem.

 

Wizerunkowo mistrz Polski sięgnął wówczas bruku. To wtedy z klubowych korytarzy na światło dzienne wymknął się konflikt, który coraz żywiej tlił się od miesięcy. Od razu stał się medialnym mięsem, bo toczył się na szczeblach legijnej władzy. Z jednej strony Dariusz Mioduski, z drugiej - Bogusław Leśnodorski i Maciej Wandzel.

 

Dzisiaj wieczorem dojdzie w stolicy do decydującego spotkania mediacyjnego między współwłaścicielami Legii. W roli mediatorów - lub może bardziej w roli rozjemców - wystąpią członkowie Polskiej Rady Biznesu. Chodzi o ustalenie sposobu, w jaki jeden z podmiotów będzie mógł wykupić akcje strony przeciwnej. Jeszcze parę dni temu wydawało się, że wojenka rozgorzeje na nowo i planowane porozumienie rozpłynie się gdzieś za horyzontem dobrej woli. Ale do gry weszła nowa wartość - rozsądek.

 

Ten właśnie rozsądek podpowiada, że lepiej jednak sprawę załatwić po cichu. Bo jeśli potyczka przeistoczy się w otwarty spektakl, przyszły właściciel klubu - już suwerenny - zapłaci za to jako pierwszy. Nie w jakiejś konkretnej walucie. Zapłaci przydeptanym wizerunkiem, czyli czymś, czego nie da się zrekompensować jednym, choćby gigantycznym zastrzykiem gotówki.

 

Wszystko to dzieje się w czasie, gdy klubowy herb Borussii - tej samej, która niespełna pół roku temu przejechała przez Warszawę jak czołg - widnieje ubłocony wzdłuż i wszerz. To efekt wydarzeń z minionego weekendu. Znów w roli głównej wystąpili bandyci, tyle że tym razem mieli na sobie emblematy BVB. Bili każdego, kto przyjechał do Dortmundu z Lipska. Każdego to znaczy również kobiety i dzieci. Liczyło się tylko to, żeby trafić i zniszczyć.

 

Ostatni raz z czymś takim zetknęliśmy się krótko przed wejściem na ekrany kin filmu „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego. W przedpremierowych recenzjach rysowano sceny bez mała bliźniacze. Tyle że tam zabijano naprawdę, w Dortmundzie nie. Ta jedna granica nie została przekroczona. Zarejestrowane sceny mają jednak charakter iście dantejski. Mimo że skala drastyczności była dalece inna niż ta z filmowego ekranu, europejskie media niemal chórem krzyczą o zezwierzęceniu.

 

Układ wizerunkowych sił wygląda zatem trochę inaczej niż jesienią. Wprawdzie BVB wznowi niebawem rywalizację w Champions League, ale dzisiaj - przynajmniej przez moment - nieco wyżej stoją akcje Legii. W Warszawie kobiety i dzieci nie mogą się doczekać pierwszego meczu z Ajaksem. A sztuka mediacji lubi taki klimat...

Z tej samej kategorii