Żurek: „Franz” gra o wszystko

PODBESKIDZIE - LECHIA GDANSK
 fot. Łukasz Laskowski  /  źródło: Pressfocus

Nie brak głosów, że przy Łazienkowskiej twarzą w twarz staną były i przyszły selekcjoner reprezentacji Polski. Tym przyszłym ma być Jacek Magiera. Nie wszyscy jednak pamiętają, że tak naprawdę dojdzie do konfrontacji ucznia z nauczycielem. Bo w Warszawie zawodnik Magiera był podopiecznym trenera Smudy.

Już jest dobrze, a powinno być tylko lepiej. „Górnik Łęczna to tak samo duży klub jak każdy inny. Czuję się, jakbym przychodził do zespołu, który walczy o mistrzostwo, o puchary, o wszystko”.
Tak, tak – to słowa Franciszka Smudy, lat 68. Ale do diabła z metryką. Od razu przecież widać, że duchem to ciągle młokos.


Zwykle bywa tak, że przedmeczowe briefingi i pomeczowe konferencje prasowe to tylko dodatek do dania głównego, jakim jest ligowa konfrontacja trwająca w porywach do stu minut. Tym razem może być jednak inaczej.
W ciągu stu sekund „Franz” jest w stanie rzucić do mikrofonu taką składankę białych rymów, że boiskowe wydarzenia giną w mroku. Nie będzie zatem przesadą stwierdzenie, że mówimy o człowieku, który jako jedyny trener szczebla centralnego potrafi zdalnie zgasić jupitery.


Nie brak tymczasem głosów, że jutro przy Łazienkowskiej twarzą w twarz staną były i przyszły selekcjoner reprezentacji Polski. Tym przyszłym ma być Jacek Magiera.
Nie wszyscy jednak pamiętają, że tak naprawdę dojdzie do konfrontacji ucznia z nauczycielem. Bo pan Franciszek zakładał koszulkę Legii, kiedy obecnego jej szkoleniowca nie było jeszcze na świecie. A ćwierć wieku później, też w Warszawie, zawodnik Magiera był podopiecznym trenera Smudy.


To właśnie „Franz” wprowadził Legię w XXI wiek. Był jej opiekunem w latach 1999-2001. Odchodził z klubu bez satysfakcji. Po pierwsze – nie sięgnął po tytuł mistrzowski, czego od niego oczekiwano. Po drugie – właśnie podczas pracy w stolicy po raz pierwszy otrzymał propozycję objęcia drużyny narodowej. Szefowie warszawskiego klubu nie wyrazili wówczas na to zgody, co mocno go zirytowało. Na swoją erę w kadrze czekać musiał jeszcze prawie dekadę.


Stadion przy Łazienkowskiej generalnie kojarzy mu się jednak różowo. To tutaj przecież wygrywał ligę w 1997 roku z łódzkim Widzewem. I to tu debiutował w roli selekcjonera 12 lat później. W niedzielę też zadebiutuje – tyle że z nieco odmiennym balastem emocji.
Dzisiaj nie dowodzi bowiem batalionem gwiazd, lecz hufcem rzemieślników. Różnica? Z pozoru subtelna. Zamiast mierzyć wysoko i patrzeć ku górze, trzeba uważać, żeby nie wyrżnąć wysokim czołem o posadzkę – czyli o dno ligowej tabeli.

 

Zaraz po podpisaniu kontraktu w Łęcznej Smuda wyraził zdziwienie, że drużyna z tej klasy zawodnikami plasuje się na przedostatnim miejscu w tabeli. Może jednak zmieni zdanie, kiedy zobaczy z bliska, jak Szmatiuk próbuje zatrzymać Nikolicia albo jak Śpiączka wpada na pomysł, żeby wkręcić w murawę Pazdana.


Ale prawdziwe show powinno się zacząć dopiero potem, kiedy trzeba będzie o tym wszystkim opowiedzieć. Arbiter główny do regulaminowego czasu gry nie musi doliczać ani minuty. Bez względu na wynik dogrywka murowana.

Z tej samej kategorii