Rambo śpi spokojnie

GORNIK ZABRZE - PIAST GLIWICE
 fot. Michał Chwieduk  /  źródło: Fokusmedia

Różnica między kinowym bohaterem a trenerem Górnika jest taka, że ten pierwszy gołymi rękami łapał za gardło jadowite kobry.

Spekulacje, jakie w mijającym tygodniu rozpętały się wokół Leszka Ojrzyńskiego, stworzyły bardzo złudny obraz szkoleniowca, który drży o swą posadę. Wczorajszy mecz ze Śląskiem Wrocław miał być dla niego grą o życie. Wszystko według klasycznego scenariusza: przegrasz - wypadasz za burtę. Łatwo więc było sobie wyobrazić bezsenne noce trenera, skoki ciśnienia i wyżerający wnętrzności stres.


Tymczasem to nie do końca tak. Ojrzyński, noszący malowniczą ksywę „Rambo”, wydaje się niezniszczalny jak filmowa postać, z którą jest kojarzony. Może nie wyszedłby bez szwanku z wietnamskiej dżungli albo ze zdradliwych jaskiń Afganistanu, ale zasadzki czyhające w każdym zaułku piłkarskiej ekstraklasy nie są mu straszne. Nie przez przypadek znalazł się przecież na drugim miejscu w rankingu najbardziej pożądanych szkoleniowców ekstraklasy, jaki opublikowaliśmy na łamach „Sportu” w tym miesiącu. Pana Leszka można wyrzucić za burtę o każdej porze dnia i nocy, ale tak banalnym manewrem nie sposób go utopić. Momentalnie podpłynie łódź, której załoga wciągnie go na pokład i poprosi, by chwycił stery.

 

Dlatego to właśnie Ojrzyński może spać dzisiaj spokojnie, a spastyczne sny powinny dręczyć włodarzy Zabrza. Zawsze łatwiej pozbyć się jednego człowieka, niż załatać na czas dramatycznie przeciekający kadłub. Analogia do Titanica byłaby tu oczywiście zbyt pompatyczna, chociaż wiadomo, że w razie czego górnicza orkiestra przy Roosevelta będzie grała do końca. A nawet wiele dni dłużej, bo na pierwszoligowych stadionach ludzie też potrzebują rozrywki.

 

Co zyskał sam Ojrzyński remisem we Wrocławiu? Być może jedynie trochę czasu. Teraz będzie musiał opracować plan, zakładający rzucenie na kolana Lecha i Legię - na przestrzeni ledwie czterech dni. Jakby nie spojrzeć, zadanie godne Hollywood. Bo jednak bardziej łaskawi byli scenarzyści najnowszej części przygód Johna Rambo, gdy wysyłali go z misją do ogarniętej wojną domową Birmy.

 

Ale nie mieszajmy uparcie fikcji z realiami. Różnica między kinowym bohaterem a trenerem Górnika jest taka, że ten pierwszy gołymi rękami łapał za gardło jadowite kobry. Ten drugi? W chwilach trudnych składa dłonie do modlitwy i zwraca się o pomoc do świętej Barbary. Na razie wystarczyło na pierwszy w tym roku punkt. Na bramkę trzeba jeszcze chwilę zaczekać.

 

Niepokoi tylko jedno. Jeśli wierzyć Ojrzyńskiemu, do derbowej porażki z Ruchem przyczyniły się… pełne trybuny. Bo niby wielu jego zawodników nie przywykło do tak licznej widowni. Tymczasem dwa najbliższe spotkania zabrzan może obejrzeć na żywo w sumie 50 tysięcy ludzi. Piłkarzy z nożem na gardle ogląda się czasem równie dobrze jak seryjnych killerów. W piłce jak na ekranie - liczy się dramaturgia…

Z tej samej kategorii