Demony nie umierają

150502CHW094.JPG
 fot. Michał Chwieduk  /  źródło: newspix.pl

Latem jakimś cudem Henning Berg zszedł z szafotu, otrzepał marynarkę i wytłumaczył wszystkim, że to był tylko zły sen.

Miał Henning Berg furę szczęścia, że selekcjonerem reprezentacji Norwegii nie był u schyłku XX wieku Franciszek Smuda. Bo gdyby był, to obecny trener Legii karierę reprezentacyjną zakończyłby siedem lat wcześniej – nie w roku 2004, lecz w 1997. To wtedy w Azerbejdżanie kadrowicz Berg przed wejściem do samolotu wypił z kolegami butelkę wysokoprocentowego alkoholu, a już na pokładzie ochryple śpiewał piosenki, parodiował prezesa federacji i rzucał orzeszkami w jednego ze starszych kolegów. Niewinne igraszki? Artur Boruc i Michał Żewłakow pili tylko wino i puszczali oko do zgrabnej stewardessy. Nic więcej. Tyle jednak wystarczyło, żeby oblicze „Franza” zrobiło się w sekundzie sino-fioletowe.

 

Berg miał bardziej wyrozumiałych szefów kadry, więc wszystko uszło mu na sucho. A nie był to jedyny incydent z jego udziałem. Już wiemy, że upił się podczas mundialu we Francji, a krótko potem dla innej kobiety zostawił żonę, która spodziewała się drugiego dziecka. Kibice, nie tylko ci niedzielni, uwielbiają takie historie – jak zza ściany u sąsiada.

 

Można o tym przeczytać w książce „Henning Berg. Z Manchesteru do Warszawy”. Pierwsze jej wydanie, naturalnie pod innym tytułem, ukazało się jedenaście lat temu. Publikację w polskim przekładzie można nabyć od kilkunastu dni. Ale dopiero teraz wyszło na jaw, że norweski szkoleniowiec próbował reedycję zablokować. I w sumie tak po ludzku trudno mu się dziwić. Delikatnie rzecz ujmując – wszystko dzieje się w mało sprzyjających okolicznościach.

 

Nie owijając w bawełnę, trzeba stwierdzić wprost, że głowa Berga nie jest dzisiaj bezpieczna. Jeśli Legia nie obroni mistrzowskiego tytułu, świst gilotyny nie będzie w tym przypadku czymś zaskakującym. I właśnie teraz - kiedy pan trener chciałby, żeby piłkarze skupili się wyłącznie na tym, co mówi się na przedmeczowej odprawie - wypływa na wierzch coś, co psuje wizerunek dobrze ułożonego faceta w średnim wieku, który oprowadza obu synów po Warszawie i czasem zabiera ich na trening.

 

Jak widać, demony przeszłości nie umierają nigdy. Być może za niespełna miesiąc Berg znów będzie fotografowany ze wszystkich stron ze złotym medalem na piersi. Ale dzisiaj nie wygląda to dobrze. Norweg znalazł się na najostrzejszym wirażu od lipca zeszłego roku. Wtedy zaliczył trzy gongi z rzędu przy Łazienkowskiej - przegrał mecz o Superpuchar Polski, poległ na inaugurację ligi w starciu z beniaminkiem, a na pierwszym etapie szlaku do Ligi Mistrzów dopiero w ostatniej minucie zremisował z irlandzkim St. Patricks Athletic. Grali w tym zespole półamatorzy – szewc, stolarz i listonosz.

 

Wtedy jakimś cudem Berg zszedł z szafotu, otrzepał marynarkę i wytłumaczył wszystkim, że to był tylko zły sen. Teraz może być trudniej...

Z tej samej kategorii