Sztylet z Lizbony

Portugalia - Walia
 źródło: AFP

Święto narodowe Francji może się zamienić w stypę. Tym razem historia musi przegrać z futbolem. Dzisiaj Bastylią jest Portugalia.

Ta historia już się kiedyś wydarzyła. Niemal dokładnie przed dwunastoma laty - w pierwszej dekadzie lipca, podczas Euro 2004. Wtedy też do wielkiego finału dotarli gospodarze, a tam czekała na nich drużyna, która zdaniem wielu nie zasłużyła na grę w decydującym boju o złoto. Ale jak to zwykle bywa - chóralne tyrady mędrców z głuchym łoskotem rozbiły się o futbolowe realia. W Lizbonie polały się łzy. Faworyzowana Portugalia uklękła przed skazywaną na zagładę Grecją.

 

Najdłużej płakał wtedy najmłodszy na boisku Cristiano Ronaldo. Miał 19 lat, a w tym wieku każda porażka wydaje się końcem świata. Starsi koledzy nie zostawili go w takiej chwili samego. Luis Figo, Rui Costa, Deco, Nuno Gomes - choć sami powoli schodzili ze sceny - przekonywali młokosa, że dla niego to dopiero początek. I że w finale wielkiego turnieju zdąży jeszcze zagrać.

 

Zdąży w wieku 31 lat. Dzisiaj w najważniejszym meczu mistrzostw Europy zobaczymy go po raz drugi i prawdopodobnie po raz ostatni. Sportowa przyszłość mocno się przed nim zawęziła, ale w głębi duszy pozostał tamtym chłopcem z Lizbony. Na taki dzień czekał naprawdę długo. Tym większej wagi nabiera fakt, że udało mu się coś, co dla wielu innych okazało się wyzwaniem ponad siły - nie zatracił radości wygrywania i wciąż jest tak samo spragniony triumfu.

Bolesny finał z 2004 roku pamięta z boiska jeszcze tylko Ricardo Carvalho. Dziś piłkarz w sile wieku, niezłomny 38-latek. Akurat on już raz ograł Didiera Deschampsa, właśnie 12 lat temu. W finale Ligi Mistrzów jako zawodnik FC Porto przyczynił się do triumfu nad AS Monaco, prowadzonym wówczas przez obecnego selekcjonera reprezentacji Francji.

 

Dzisiaj liczą się jednak tylko blizny z Lizbony. Co łączy ją z niedzielnym Saint-Denis? Coś, co można zamknąć w kryptonimie 2+1. Dwóch ludzi i jeden rekwizyt. Cristiano Ronaldo, Ricardo Carvalho i sztylet, który prosto w serce wepchnęli im tamtego dnia Grecy. Teraz dokładnie to samo mogą zrobić Portugalczycy, wiernie opierając się na dobrze sobie znanym scenariuszu. Zmienili tylko szaty, na mniej wytworne. Tym razem to oni grają przeciwko gospodarzom, nie są faworytem i mogą sięgnąć po pierwszy tytuł mistrza Europy w historii. Dokładnie tak jak wtedy bohaterowie Hellady.

 

Jeśli historia lubi się powtarzać, dziś płakał będzie Paryż i jego rozległe przedmieścia. A za cztery dni święto narodowe Francji może się zamienić w stypę. Naród chce wyjść na ulicę i śpiewać ochryple Marsyliankę. Ale nie po to, by celebrować kolejną rocznicę zburzenia Bastylii. Ten jeden raz wielka historia musi przegrać z futbolem. Dzisiaj Bastylią jest Portugalia.

Z tej samej kategorii