Felieton: Był sobie trener

Jan Kocian
 /  fot. Krzysztof Cichomski  /  źródło: newspix.pl

Był sobie niegdyś trener. Nazywał się Maciej Bartoszek i pracował w klubie ekstraklasy. Czy ktoś go jeszcze pamięta? No pewnie, że pamięta.

Był sobie niegdyś trener. Nazywał się Maciej Bartoszek i pracował w klubie ekstraklasy. Czy ktoś go jeszcze pamięta? No pewnie, że pamięta. Człowieka o tak charakterystycznej fizjonomii trudno ot tak zapomnieć. Gdyby był aktorem, idealnie nadawałby się do odegrania kogoś od mokrej roboty. To jeden z tych, co jak do ciebie podchodzi, to nigdy nie wiesz, czy zabije, czy może tylko poprosi o cukier. 

Był sobie więc trener i od jakiegoś czasu już go nie ma. W życiu mogę robić wiele rzeczy, choć wiadomo, że najbardziej chciałbym być trenerem. Wiem, że wiele osób kpi sobie ze mnie. Ale w życiu wiele przeszedłem i ta cała gadanina mnie nie załamuje – to słowa Bartoszka właśnie, byłego szkoleniowca GKS Bełchatów.


Takich jak on są w kraju tysiące. Nie każdy oczywiście pracował w ekstraklasie, ale wielu z nich ma znane nazwisko. Każdy narzeka, że dzisiaj z pracą dla trenera krucho. Powtarzają to z osobna, w grupach, a czasem chóralnie.
Trudno jednak ich postękiwania brać całkiem serio, jeśli nagle Miedź Legnica oferuje Flocie Świnoujście 100 tys. złotych za transfer Tomasza Kafarskiego. A Jan Kocian, wyrzucony z chorzowskiego Ruchu, pozostaje na bezrobociu zaledwie 15 dni. Że niby fachowcy jakich ze świecą szukać? Bądźmy poważni.


Z tym Kocianem to jest tak, że on musi mieć znakomite układy w Białymstoku. Piłkarze Jagiellonii załatwili mu robotę już po raz drugi. Rok temu ograli ekipę Ruchu 6:0, a teraz rozgromili szczecińską Pogoń, zdobywając o jedną bramkę mniej. Za każdym razem do gaszenia pożaru wzywano właśnie Kociana.


To oczywiście tylko jakiś ponury przypadek, że Słowak drugi raz zastępuje człowieka uwikłanego w proceder korupcyjny. I pewnie niespecjalnie go to interesuje. Ale kto wie, czy nie podśmiechuje się pod nosem, kiedy dociera do niego, że na trenerskim stołku zluzował właśnie faceta, którego - mimo błotnistej przeszłości – wymieniano niedawno w gronie kandydatów na selekcjonera drużyny narodowej. Trzy lata więzienia, nawet w zawieszeniu, to już przecież bagno. A stanowisko szefa kadry to niebywały zaszczyt


Dariusz Wdowczyk - bo to on musiał zmywać z siebie szlam - nie widział w tym jednak moralnego rozziewu. Świetnie się odnalazł w nowej rzeczywistości, tej po usłyszeniu wyroku, i zapewniał wszystkich dookoła, że jakby co, to on jest gotowy - reprezentację może wziąć choćby już. Z tym większym zatem zaciekawieniem jego losy obserwować będziemy teraz, kiedy nagle stracił grunt pod nogami.


Co się z nim stanie? Będzie czekał na jakieś kolejne 0:5, nasłuchując wieści z tych klubów, gdzie aktualnie pierwszy trener ma przed sobą niepewne jutro. Tak się akurat składa, że jednym z takich miejsc jest Korona Kielce. Tam właśnie mniej więcej dekadę temu ubłocił się Wdowczyk. To byłby dopiero chichot historii, gdyby teraz wrócił i zaczął zamiatać. Ale pamiętajmy - to jest futbol w kraju nad Wisłą. Tu powroty z niebytu to nic takiego.

Z tej samej kategorii