Gorączka w sypialni królów

POLSKA - NIEMCY
 fot. Rafal Rusek  /  źródło: Pressfocus

Niechlubne karty polskiego futbolu zostawiamy daleko za sobą. Jesteśmy w Saint-Denis, na północnych przedmieściach Paryża.

Dzondzu, Dortmund, Wiedeń. Co łączy te miasta? W XXI wieku to trzy największe cmentarzyska polskiego futbolu. Tam żegnaliśmy się z turniejami rangi mistrzowskiej w latach 2002, 2006 i 2008. Za każdym razem w drugiej kolejce gier grupowych. W trzech „meczach o wszystko” straciliśmy w sumie sześć bramek. Zdobyliśmy tylko jedną, w dodatku ze spalonego. Jej autorem był Brazylijczyk.

 

Niechlubne karty polskiego futbolu zostawiamy dziś daleko za sobą. Jesteśmy w Saint-Denis, na północnych przedmieściach Paryża. To tu znajduje się największa nekropolia francuskich władców, rządzących krajem przez kilka stuleci. W miejscowej bazylice doliczyć się można ponad 70 królewskich grobowców. Zostać na zawsze w takim towarzystwie? Nie tym razem. Cokolwiek się wydarzy późnym wieczorem na Stade de France, biało-czerwone marzenia nie zostaną pogrzebane już po 180 minutach turniejowej batalii.

 

Kilkadziesiąt godzin temu, blisko 700 km od Paryża, otworzyliśmy przecież zupełnie nowy rozdział historii. Pierwszy triumf w kontynentalnym czempionacie to tylko karta tytułowa. Dzisiaj pora na zapisanie kolejnej. Jest filmowo. Wszystko układa się jak w starannie skonstruowanym scenariuszu – gramy na najważniejszej arenie mistrzostw z najlepszą drużyną globu.

 

Nie brakuje głosów, że tak naprawdę finały Euro 2016 rozpoczynamy właśnie meczem z Niemcami. Że niby starcie ze słabą (?) Irlandią Północną było czymś takim, jak w świecie boksu oficjalne ważenie przed skrzyżowaniem rękawic. Na ring mamy wejść dopiero dziś. Dziewięćdziesiąt minut jak dwanaście rund z czempionem wszechwag.

 

Dlaczego to może być niezapomniany wieczór? Bo inaczej niż w latach poprzednich - nie ma miejsca na paraliżujący strach. Nie stoimy nad przepaścią na podmokłym gruncie. Całe zło, jakie może nam się przytrafić, to porażka, która nie niesie ze sobą nieodwracalnych konsekwencji. Ale przecież nic złego się nie wydarzy. Mecz wygra Polska, bo jest lepsza – wczoraj przez cały dzień przekonywali o tym sami Polacy zaczepiani na ulicach wielu miast przez telewizyjnych reporterów.


Niczym niezachwiana wiara w narodzie to tylko pierwszy symptom gorączki, która narastać będzie sukcesywnie aż do godziny 21.00. Osiągnie kulminacyjny poziom wraz z pierwszym gwizdkiem Bjoerna Kuipersa. Ile takich dni w malignie czeka nas jeszcze we Francji? Na pewno jeden, w najbliższy wtorek. Żeby nadeszły kolejne, już dzisiaj w Saint-Denis wypada zrobić coś, na co Europa będzie chciała czekać więcej niż raz.

 

Z tej samej kategorii