Pamela kiedyś odejdzie

Skoki narciarskie - trening kadr polskich skoczkow narciarskich
 fot. Rafał Rusek  /  źródło: Pressfocus

Jest od niego 37 lat młodsza. "Polo" mówił z początku, że to Pamela z Pakistanu. Dopiero potem wyszło jakoś na jaw, że to jednak Iza z Jarosławia. I że się poznali, kiedy była jeszcze nastolatką.

„Proszę państwa, to nie są punkty… to są metry” - słynne zdanie niemieckiego komentatora przeszło do historii skoków narciarskich. Zostało wypowiedziane 3 lutego 2001 roku, chwilę po tym, jak Adam Małysz w Willingen oddał skok na odległość 151,5 metra. Na owe czasy to był kosmos. Wszystko działo się bowiem na obiekcie K-120. Do dzisiaj w wielu rankingach na najlepszy skok XXI wieku prowadzi właśnie tamten niewiarygodny sus.

 

To był zresztą fantastyczny czas. Nie tylko dzień. Małysz zakładał żółty plastron lidera jak szyty na miarę skafander, który odcinał go od świata zwykłych śmiertelników. I nie ma w tym cienia przesady. Wielu nieprzytomnie zauroczonych nim kibiców naprawdę wierzyło, że to człowiek z innego wymiaru. Były nawet na to dowody. Wystarczyło przeczytać jego personalia wstecz: Zsyłam Mada.

 

Na szczyt popularności wdrapywał się jednocześnie trener polskiego hegemona, Apoloniusz „Polo” Tajner. Szybko się z tym oswoił, a nawet polubił. Był zawsze dobrze przygotowany, jeśli wychodził gdzieś prywatnie. Kiedy ktoś z kartką i długopisem prosił go o autograf - a nie była to jeszcze era selfie - wyjmował z kieszeni marynarki swoje zdjęcie ze starannie wykaligrafowanym podpisem. Mam takie jedno. Kiedy mi je wręczał, widać było, że towarzysząca mu kobieta jest z niego dumna. Elegancka, budząca sympatię pani. To była jego żona.

 

Od tamtej pory minęło 16 lat. Bardzo niewiele i szmat czasu jednocześnie - zależy od przyłożonej miary. Małysz zdjął narty, nabrał ludzkich rysów i zszedł po cichu na nizinny codzienności. Wydawało się naturalne, że tym samym szlakiem podąży jego szkoleniowiec, który przez dekadę grzał się w blasku chwały czempiona. Ale nic z tych rzeczy. Pan Apoloniusz miewa się dzisiaj jeszcze lepiej niż w pierwszej połowie 2001 roku. Wtedy był trenerem i spacerował z żoną. Dzisiaj jest prezesem i spaceruje z dziewczyną.

 

Jest od niego 37 lat młodsza. Mówił z początku, że to Pamela z Pakistanu. Dopiero potem wyszło jakoś na jaw, że to jednak Iza z Jarosławia. I że się poznali, kiedy była jeszcze nastolatką. Podczas niedawnych konkursów w Wiśle i Zakopanem fotoreporterzy zrobili jej więcej zdjęć niż wszystkim skoczkom, którzy obsadzali podium. Ale trudno się dziwić. Dziewczyna potrafi przybrać taką pozę i tak spojrzeć w obiektyw, że po prostu chce się pstrykać.

 

Jakby szczęścia było mało, polscy skoczkowie tworzą dzisiaj najsilniejszy team w historii. Szef PZN nie ma więc specjalnych powodów do narzekań. Wszystko dobrze się układa i tworzy klimat wręcz sielankowy. Gdyby jednak ktoś chciał teraz pokusić się o niegrzeczność, mógłby otwarcie zapytać: a co zobaczymy za kolejnych 16 lat? Wyobraźnia podsuwa prostą odpowiedź - Pamela będzie miała nowego chłopaka, „Polo” osiądzie na zasłużonej emeryturze i znów zapuści wąsa, a ci, którzy dzisiaj i jutro spróbują podbić Willingen, nie będą mieli kogo oklaskiwać.

 

Już dziś budzi bowiem niepokój fakt, że w ostatnich mistrzostwach Polski wystartowało jedynie 37 zawodników - czyli pół setki mniej niż parę lat wcześniej. Kiedy odejdzie Pamela, polski kibic nie będzie za nią płakał. Ale kiedy zabraknie Kamila Stocha i jego niestrudzonych kompanów, prawdziwy rozmiar pustki wyznaczy szerokość startowej belki. To jeszcze nie lament. Być może jednak właściwy moment, by opiekuńcze instynkty pana Apoloniusza wykorzystać bardziej efektywnie. Z myślą o takim dniu, w którym nikt nie ześle mada…

Z tej samej kategorii