Babskim okiem: Sprawa rodzinna

Serena i Venus Williams
 fot. / PAUL CROCK  /  źródło: AFP

Czy Serena i Venus Wiiliams zaszłyby tak daleko bez wyobraźni, przebojowości i... ekscentryzmu ich ojca Richarda, papy numer 1 w tenisowym światku? To on zaprogramował wspaniała karierę córek, nim te w ogóle przyszły na świat. Zrobił z nich mistrzynie, nauczył wygrywać. Serena i Venus stały się ulubienicami kibiców i mediów. Są przecież bohaterkami jak z "amerykańskiego snu".

Czy to bajka, czy nie bajka? – zastanawiała się moja ulubiona sąsiadka. – Chyba właśnie z wnukiem się widziała i jeszcze w tamtych klimatach przebywa – pomyślałam. Ale nic z tych rzeczy. Ona rozgadała się o siostrach Williams.

 

– No bo czy to nie bajkowa kariera? Przecież Venus i Serena osiągnęły absolutny tenisowy szczyt i zarobiły górę forsy. Czy jednak zaszłyby tak daleko bez wyobraźni, przebojowości i… ekscentryzmu ich ojca Richarda, papy numer 1 w tenisowym światku? Bo to on właśnie zaprogramował wspaniałą karierę córek, nim te w ogóle przyszły na świat.A właściwie przyszły na świat dlatego, że miały spełnić jego wielkie marzenie.

 

Bo pan Williams, oglądając kiedyś telewizję, natrafił na wywiad ze zwyciężczynią tenisowego turnieju – podobno była to Rumunka Virginia Ruzici – odbierającą czek na 40 tysięcy dolarów. Wyliczył więc sobie szybko, że 40 tysięcy dolców za kilka dni ganiania po korcie to całkiem nieźle. No i postanowił, że koniec z zarabianiem nędznych groszy i teraz mieć będzie córki tenisistki.

 

Do swego pomysłu przekonał żonę Oracene – niektórzy uważają, że to ona właśnie była największą pasjonatką  sportu w rodzinie - no i 17 czerwca 1980 roku na świat przyszła Venus, a 26 września - w rok później – Serena. Nikomu ani wcześniej, ani później, nie udało się urzeczywistnić swych zamierzeń w takim stopniu. Nigdy też wcześniej żadna rodzina, aż tak nie zdominowała tenisa.Bo świat tenisowy naprawdę zadrżał, kiedy na kortach pojawiła się rodzina Williamsów.

 

„King” Williams postanowił wyszkolić córki na prawdziwe mistrzynie i nauczyć je wygrywać. Wpoił im też pewność siebie. Kiedyś,11-letnia wówczas Serena, zapytana przez dziennikarza „którą z obecnych tenisistek chciałaby przypominać stylem gry za kilka lat”, odparła „chciałabym, aby w przyszłości ludzie chcieli być mną”.

 

Zaczęła się więc ich epoka.  Venus i Serena stały się ulubienicami kibiców i mediów, zwłaszcza w USA, bo były przecież bohaterkami jak z „amerykańskiego snu”. A papa Williams odcinał kupony. Miał bowiem także talent… Midasa. Czego się dotknął, zamieniało się w złoto…

 

Ostatni finał Australian Open też był wielką sprawą rodzinną. Serena pokonała w nim Venus. Zaraz po meczu oświadczyła, że bez Venus nie byłoby tych jej wszystkich 23. tytułów wielkoszlemowych, bo to ona – starsza – inspirowała ją  do tego, aby była najlepsza.Młodszej z sióstr gratulacje złożył też legendarny koszykarz Michael Jordan i - w dowód uznania - przysłał buty z numerem 23. To numer z jakim grała amerykańska legenda koszykówki i oczywiście … 23. tytuł wielkoszlemowy Sereny.

 

I wtedy przypomniała mi się jeszcze jedna historyjka. To było jakieś ćwierć wieku temu. Papa Williams ściągnął wówczas do siebie Ricka Macciego, właściciela akademii tenisowej na Florydzie, aby ten zobaczył jak grają jego córki. Macci wpadł w zachwyt – „masz nowego Michaela Jordana”– powiedział do Richarda. – „Nie, mam dwóch Jordanów” -  odparł papa Williams.

 

Pewnie dlatego te buty, i te gratulacje, znaczyły dla Sereny tak wiele. Teraz martwi się tylko tym, że jak wygra kolejny turniej, to numer „23” nie będzie aktualny. Ale na pewno mieć będzie jednak swoją  wartość. Ten bowiem model obuwia, przysłany pannie Williams przez Jordana i firmę Nike, już można kupić w sklepach. Za drobne 200 dolców.

Więcej na temat:Babskim okiem
Z tej samej kategorii