Babskim okiem: Prąd odcięło

Powiedzenie, że komuś „odcięło prąd” jest w świecie sportu dobrze znane. Tak mówimy gdy ktoś, znakomicie dotąd spisujący się na boisku czy stadionie, nagle – nie wiedzieć czemu – nie jest w stanie dotrzymać kroku nie tylko liderom, ale nawet średnio spisującym się zawodnikom. Tym razem w czasie MŚ w Bergen prąd naprawdę odcięło. Kolarze zniknęli z wizji…

Kolarscy kibice w Bergen
 fot. Jonathan NACKSTRAND  /  źródło: AFP

Kolarstwo szosowe należy do najchętniej przeze mnie oglądanych sportów – oświadczyła moja ulubiona sąsiadka. – Dzięki telewizyjnym transmisjom mogę przecież nie tylko emocjonować się walką na trasie i kibicować naszym, ale także podziwiać piękno krajobrazu najróżniejszych krajów, przez które mkną peletony. Tylko telewizja daje takie możliwości.

 

Pędzący zawodnicy miną stojącego przy trasie kibica z szybkością błyskawicy i po wszystkim. A dzięki telewizyjnym kamerom mogę im towarzyszyć cały czas. I na całej trasie wyścigu zawsze mogę mieć miejsce w pierwszym rzędzie. Za to właśnie telewizję kocham. Że daje mi taką szansę.

 

To określenie „bycia w pierwszym rzędzie” nie jest – niestety – moim autorskim pomysłem, bo dawno, dawno temu, tak mówił o telewizyjnych transmisjach Melchior Wańkowicz, słynny polski pisarz, dziennikarz i publicysta, który jak nikt inny potrafił doskonale trafiać w sedno.

 

Więc tradycyjnie, z uwagą i zaciekawieniem, oglądałam sobie mistrzostwa w Bergen, podziwiając uroki tego norweskiego miasteczka i pasjonując się walką najlepszych kolarzy świata. Zwłaszcza ostatniego dnia, bo miałam nadzieję, że nasz Michał Kwiatkowski pokaże plecy innym. Niestety był dopiero jedenasty…

 

Tego dnia przekonałam się jednak także, że bycie w „pierwszym rzędzie” też zawiodło. Część decydującej walki o mistrzowski tytuł  lepiej widzieli nie ci, siedzący wygodnie przed szklanym ekranem, ale kibice, którzy w Bergen byli. W czasie najważniejszego wyścigu mistrzostw zabrakło bowiem przekazu telewizyjnego z ostatnich jego kilometrów.

 

Kolarze zniknęli z wizji jakieś trzy kilometry przed metą, aby pojawić się  dopiero na kilometrze ostatnim. A wszystkiemu winna była awaria prądu. Przerwa w jego dostawie spowodowała, że nadawane z helikoptera i motocykli sygnały nie docierały do wozu transmisyjnego. No i klops.

 

Miliony telewidzów na całym świecie gapiły się na telewizyjne ekrany, usilnie wypatrując kolarzy, a komentatorzy próbowali ratować sytuację pocieszając ich, że zaraz, na ostatniej prostej, zobaczymy jednak bohaterów wyścigu i na własne oczy obejrzymy – z bliska - tego, który wygrał.

 

Tak się też stało i znów doskonale widzieliśmy, jak Słowak Peter Sagan – po raz trzeci z rzędu! – został mistrzem świata. Bo sytuację uratowały rozmieszczone w mieście stacjonarne kamery. Więc wszystko dobrze się skończyło. Ale… Jakaś skaza na wspaniałych, znakomicie zorganizowanych mistrzostwach, jednak pozostała. No i teraz aż boję się pomyśleć co to będzie, jak w czasie jakiejś innej, wielkiej imprezy, znów wyłączą prąd. Bo okazuje się, że naprawdę niewiele trzeba, żeby wszystko diabli wzięli.

 

Cała nadzieja w zasilaniu awaryjnym.

 

Z tej samej kategorii