Medale... przechodnie

 Tomasz Zieliński
 fot. PIOTR KUCZA  /  źródło: newspix.pl

Ilu to sportowych idoli ostatecznie na piedestałach się ostanie? - zafrasowała się moja ulubiona sąsiadka. - Coraz częściej przecież okazuje się, że mistrzowski tytuł jest jedynie tymczasowy, a medal jest nagrodą... przechodnią. Tak sobie właśnie pomyślałam, kiedy przeczytałam, że nasz sztangista Tomasz Zieliński został brązowym medalistą igrzysk olimpijskich w Londynie.

Ma medal, chociaż był tam dopiero dziewiąty. Okazało się bowiem, że aż sześciu zawodników, którzy go wyprzedzali zostało - za doping - zdyskwalifikowanych. Fajnie, pomyślałam w pierwszej chwili. Zaraz jednak przypomniałem sobie, że  nasz mistrz dźwigania ciężarów, w kolejnych igrzyskach w Rio de Janeiro, z tego samego właśnie, dopingowego powodu, też nie wystąpił. Ręce opadają.

 

Czy jeszcze komuś w ogóle można wierzyć? Tych, którzy z hukiem spadali z piedestału jest wielu. Któż nie pamięta - na przykład - Bena Johnsona? W Seulu, ten pochodzący z Jamajki kanadyjski sprinter, najpierw zachwycił świat swym 9,79 na „setkę”, a potem jeden z najszybszych lekkoatletów w historii okazał się oszustem. Odbył więc ekspresową podróż od bohatera do… zera. A Lance Armstrong? Najsłynniejszy z kolarzy. Wielki zwycięzca największych wyścigów to dziś najbardziej skompromitowany „bohater” szos.

 

Ostatnio przez wszystkie przypadki odmieniane jest nazwisko Therese Johaug. Norweżki, którą świat podziwiał za to, że biegała na nartach pięknie i szybko. Niestety. Ona też została zdyskwalifikowana za doping. Sponsorzy odsuwają się od napiętnowanych. Właśnie słynny producent nart, firma Fischer, rozwiązała z nią umowę i Johaug straci w ten sposób kilka milionów koron. Podobno przez kieszeń najłatwiej trafić do rozumu.

 

Czy jednak ostanie się w sporcie chociaż kilku sprawiedliwych? Niedawno mieliśmy przecież prawdziwe dopingowe tsunami. Rosyjscy sportowcy koksowali się masowo i hurtowo byli dyskwalifikowani. Coraz częściej mówi się więc o tym, aby wyzerować wszystkie rekordy i pisanie historii najlepszych światowych wyników zacząć w ogóle od zera. I sprawdzać, sprawdzać, sprawdzać. Tak, żeby nawet mysz się nie prześliznęła. Ale czy rzeczywiście ktoś potrafi zatrzymać tę zabawę w policjantów i złodziei?

 

W Etiopii na wyrok oczekuje właśnie 22-letni maratończyk Girmay Birhanu. Przyłapany na dopingu, ma teraz spędzić nawet pięć lat za kratami. Wiele mówi się o tym, w jakich to okropnych warunkach w słynnym więzieniu Kaliti posiedzi. Ale łaski nie będzie. Ta kara ma odstraszać. Tak uważa etiopski rząd, który wypowiedział dopingowi bezwzględną walkę.

 

Ale czy naprawdę, w każdym przypadku, będziemy mogli mieć pewność, że ci którzy stoją na podium zdobyli medale w czystej, sportowej walce? Czy za lat parę nie okaże się, że - niestety - nie, tylko wtedy nie było jeszcze takich środków, aby to oszustwo wykryć?

 

Może to śmieszne co powiem, ale najlepszym sprawdzianem, lepszym od najlepszego laboratorium, może być w tym przypadku jedynie własne sumienie.

Z tej samej kategorii