Babskim okiem: Cheerleading

Cheerleading to nic innego jak przewodzenie dopingowaniu. Idea ta narodziła się dawno, dawno temu w Ameryce i zaczęła się od... męskich zespołów. Dziś w USA, gdzie cheerleading jest najbardziej rozpowszechniony, męskie zespoły stanowią ledwie 3 procent. Cheerleading to dziś bowiem zespoły pięknych i zgrabnych kobiet. I ten sport ma być sportem olimpijskim. Kibice już czekają.

 Cheerleaderki
 fot. Justin Edmonds  /  źródło: AFP

Mój stary zupełnie zwariował – pieniła się moja ulubiona sąsiadka. – Nawet  sobie pani nie wyobraża, co wymyślił? Otóż postanowienie noworoczne podjął, że w 2017 cheerleadingiem się zajmie.

 

Próbowałam mu to z głowy wybić, ale on naprawdę się zawziął. Stwierdził bowiem, że kto jak kto, ale on na dopingowaniu to się zna jak nikt inny, bo całe lata przed telewizorem spędził, swych piłkarzy ukochanych do boju zagrzewając. A cheerleading to przecież nic innego nie jest, jak właśnie przewodzenie dopingowaniu.

 

W ogóle w głowie mu się przewróciło, jak tylko dowiedział się, że cheerleading olimpijskim sportem ma zostać. Na nic zdało się też moje tłumaczenie, że to o zespoły pięknych, zgrabnych i skąpo ubranych kobiet - które dotąd dopingowały innych, a teraz same mają sportsmenkami pełną gęba zostać - tu idzie. On gdzieś wyczytał, że cała ta dopingowa idea rozpoczęła się dawno, dawno temu, w Ameryce, od męskich zespołów właśnie.

 

Panie zaś zaczęły brać w tym wszystkim udział później i jedynie dlatego, że miały ograniczoną możliwość uprawiania na uczelniach odpowiednich dla nich sportów. On jednak chce dziś  tamtą ideę wskrzesić. Wygląda na to, że ma zamiar stworzyć męski zespół, który miałby dopingować cheerleaderki. No kompletnie zwariował. Ale już nawet kilku chętnych do założenia owego teamu znalazł. Trudno się dziwić, bo przecież panowie dopingować mają dziewczyny zgrabne i piękne.

 

Sportowy duch w moim starym się odezwał, jak dowiedział się, że mijający rok stał pod znakiem sukcesów sportowców, mających na karku czterdziestkę z okładem. Więc on teraz chciałby pokazać, że w 2017 sportowo liczyć się będą i ci mający 50 plus.

 

Skrzydeł wręcz  dostał, bo wykombinował sobie, że będzie prekursorem sportu, który – może kiedyś – też olimpijskim zostanie. Naprawdę próbowałam, jak tylko mogłam, hamować te zapędy tłumacząc mu, że według niektórych czasopism oraz Internetu cheerleading uważany jest za sport ekstremalny, bo w czasie występów wiele wypadków się zdarza. Ale on pozostaje głuchy na te argumenty.

 

Opowiada też o tym, że musi wesprzeć amerykańskie zespoły męskich cheerleaderów, którzy stanowią dziś jedynie 3 procent całości, złożonej w przytłaczającej większości z płci pięknej.

 

Dopiero kiedy zorientował się ile to trudnych elementów gimnastycznych i akrobatycznych będzie sobie musiał  przyswoić, żeby układ był jaki trzeba, zdecydował się na zostanie kierownikiem stworzonego przez siebie zespołu.

 

Teraz marzy mu się, że będzie jak amerykański student Johnny Campbell, który w roku 1898 zaczął dyrygować dopingiem, stojąc przed kibicami i w ten sposób został pierwszym cheerleaderem. Na razie trenuje, stojąc przed telewizorem.

 

Pozostała mi więc  tylko nadzieja, że jednak spasuje, bo jest to jego noworoczne postanowienie, a  z tymi postanowieniami to wiadomo jak bywa.

 

Więcej na temat:Babskim okiem
Z tej samej kategorii