Tak było, ale minęło...

Jeszcze w ubiegłym wieku, czyli wcale nie bardzo, bardzo dawno temu, w piłkarskim rozwoju kandydatów na wielkie gwiazdy wszystko było zupełnie proste.

PODBESKIDZIE BIELSKO BIALA - LECH POZNAN
 fot. Przemek Charatynowicz  /  źródło: Pressfocus

Otóż gdzieś w wieku około 10 lat chłopak, po wszechstronnym przygotowaniu podwórkowym, zgłaszał się do klubu, najczęściej najbliżej jego miejsca zamieszkania i tak się składało, że był to na ogół ten klub, za który wtedy oddawało się życie. Przed 10. rokiem życia do klubu nie przyjmowali, bo za młodzi, a liczba chętnych uprawnionych wiekowo była tak duża, że nikt tych młodszych zapalonych nie żałował, bo już było się kim zajmować, a małolaty przecież rok wytrzymają i znów przyjdą. A życie oddawało się najłatwiej właśnie w drugiej dekadzie tego życia, bo potem, gdy - jak pisał wieszcz albo ktoś wieszczowi podobny - opadły z oczu łuski, to przychodziła wątpliwość, czy warto to życie poświęcić, bo i dla kogo (czego), a przede wszystkim - z jakiego powodu?!
Jednak mając lat naście trafiało się pod skrzydła byłego piłkarza swego uwielbianego klubu, którego kiedyś podziwiało się na boisku, wiec patrzyło się w niego jak w obrazek i wykonywało wszystko z największą radością, by nie napisać - uniesieniem. I tak mijało kilka lat, gdy z trampkarzy przechodziło się do juniorów, grając w tym czasie na nieodległych klepiskach, co najwyżej „łysinach” czy nawet boiskach żużlowych, bo obiektów trawiastych dla nastolatków nie było - nawet w swoim ukochanym klubie na główne boisko nie wpuszczali. Nigdy.
Bywało, że i w tym czasie jakiś możniejszy klub robił podchody pod najbardziej utalentowanych juniorów klubów mniej możnych, ale najczęściej nic z tego nie wychodziło, bo swoich młodziaków mieli aż nadto, a zmianę barw klubowych uznawano za rzecz niemoralną nawet wśród seniorów, a co dopiero wśród młodzieży (zjawisko transferu przyszło dużo później z krajów „zgniłego zachodu”).
W ten sposób dochodziło się do wieku juniora, w której to kategorii można już było zostać nawet mistrzem Polski, a potem wchodziło się i wiekowo, i sportowo do seniorów. To prawda, ale tylko szczątkowa. Bo przecież ilu niegdysiejszych trampkarzy zadomowiło się w pierwszej drużynie swego ukochanego klubu - jeden!, najwyżej dwóch i to nie z każdego kolejnego rocznika. A inni? Kochali piłkę, więc nie rezygnowali. Grali, a złośliwcy mówią: kopali, w niskich ligach, ale tak wytrwale, że dorabiali się (na boisku) emerytur - najbardziej lubiane były te górnicze. Czy coś w tym złego? Absolutnie nie. Takie były czasy i mądry ten, kto z tego skorzystał. A mądrzejszy jeszcze ten, który czas wykorzystał na solidne wykształcenie, bo wtedy mówiło się, że studiów z wysokim futbolowym wyczynem pogodzić się nie da.
Byli jeszcze tacy, co wyjeżdżali. Ci mniej znani robili to niezbyt legalnie, ale gdzieś tam w świecie dalej grali, a że za lepsze pieniądze, to i powroty nie były im w głowie. Natomiast gwiazdorzy wyjechać nie mogli! Chyba że po ukończeniu trzydziestu lat i jeszcze za zgodą specjalnej komisji, która na przykład decydowała, że owszem jedź, ale nie do Madrytu tylko do Lens. Albo do...nikąd.
Pomyśl Czytelniku i znajdź dziesięć różnic miedzy tamtymi a nowymi czasy. Odpowiedzi prosimy nie przysyłać...

 

Z tej samej kategorii