Spokojnie, to tylko...

Teraz Robert Lewandowski przyjedzie „na kadrę” i już Adam Nawałka oraz sam nasz kapitan będą wiedzieli, co zrobić.

Robert Lewandowski
 źródło: AFP

W sobotę Robert Lewandowski zakończył klubowy sezon 2015/16. Sezon dla niego znakomity. Z Bayernem Monachium został bezapelacyjnym mistrzem Niemiec. Zdobył koronę króla strzelców Bundesligi, z imponującym nawet w Niemczech wynikiem. Trafiał również często w Lidze Mistrzów, gdzie z „Dumą południa” zaszedł aż do półfinału, chociaż dla monachijczyków to było tylko półfinał, bo mierzyli w zwycięski finał.


A na marginesie - przydomek „Duma południa” u wielokrotnego mistrza Niemiec funkcjonuje chyba niedawno, bo też niedawno zaczął docierać do mojej świadomości, choć mogę się mylić, w końcu moja świadomość to zupełnie niezauważalna cześć promila świadomości globalnej, czyli zawartości... internetu.


Wracając do kapitana naszej reprezentacji, to przedwczoraj skutecznie wykonując rzut karny skompletował Bundesdublet. No, lepiej być chyba nie mogło. Jednak moja polska mentalność, która przejawia się tym, że gdy np. umierający Amerykanin podnosi jeszcze kciuk na znak „ok”, to kwitnący mój rodak mówi, że „wszystko jest do d...”, otóż ta mentalność zanotowała, że nasz supersnajper trafił tylko z karnego, a więc z najłatwiejszej piłki (lepiej jednak nie mówić, że najłatwiejsza tym, którzy karnych nie wykorzystali). Moje, podkreślam - moje, zmęczenie sezonem nie pozwoliło mi śledzić finału Pucharu Niemiec z należną takiemu wydarzeniu szczególną uwagą, ale coś mi się wydaje, że Robert Lewandowski mimo kilku prób nie oddał takiego strzału, który mógłby zakończyć się bramką w pierwszych 120 minutach tego meczu. Jasne że rywal był z najwyższej półki. Już wiadomo że obecna Borussia Dortmund to najlepszy... wicemistrz Niemiec w historii Bundesligi, a jeszcze duża grupa jej zawodników zna możliwości Lewandowskiego doskonale, także z racji historycznie niedawnej wspólnej gry dla żółto-czarnych barw, więc o zaskoczeniu nie mogło być mowy. Po prostu dortmundzka defensywa znakomicie wykonała swoją robotę, ale druga strona też, bo największy rywal „Lewego” do snajperskiej Bundeskorony, Gabończyk Pierre-Emerick Emiliani Francois Aubameyang, też nie trafił w światło bramki.


Taki to był po prostu mecz, niektórzy mówią „piłkarskie szachy”, ale takie określenie często deprecjonuje wydarzenia na murawie, bo przecież mimo 0:0 po dwóch godzinach gry nikt na trybunach berlińskiego stadionu i w najlepszych rzędach przed telewizorami nie mógł narzekać na brak emocji, a w szachach bywa z tym różnie.


Więc, choć to nie po polsku, zacznijmy się w końcu cieszyć z tego, co mamy, czyli z tego, że nasz gwiazdor strzelił karnego, a nie martwmy się tym, że nie strzelił z gry. Teraz Robert Lewandowski przyjedzie „na kadrę” (to okropne określenie chyba się już przyjęło, niestety) i już Adam Nawałka i sam nasz kapitan będą wiedzieli, co zrobić, by rywalom na Euro nie udało się to, co graczom BVB w sobotni, w zasadzie już letni, wieczór. A że obaj są fachowcami nie lada, powodów do niepokoju nie widać.

Z tej samej kategorii