Kto nie chce pucharu?

Chyba nigdzie w Europie rozgrywki krajowego pucharu nie mają tak wielkiej rangi jak w Anglii.

GKS 1962 Jastrzebie - Gornik Leczna
 fot. Rafał Rusek  /  źródło: Pressfocus

Turniej tysiąca drużyn - tak kiedyś (trzeba przyznać, że ładnie) nazywano rywalizację o Puchar Polski. A w połowie XX wieku sprawy w swoje ręce wzięły nawet ówczesne władze, o których dziś mówi się jednoznacznie - komunistyczne - ale tak naprawdę komunizm, mimo wielu wysiłków, nigdy w Polsce nie zapanował. Otóż rządzący uznali wtedy, że Puchar Polski jest bardziej sprawiedliwy, a zwłaszcza bardziej demokratyczny od ligi, chcąc nie chcąc wzorowanej na rozgrywkach zgniłego Zachodu, i zdobywca krajowego trofeum został uhonorowany tytułem mistrza Polski! Ten niewątpliwy zaszczyt przypadł wówczas Ruchowi Chorzów i choć ligę wygrała Wisła Kraków, to „Niebiescy” dziś mogą szczycić się czternastoma gwiazdkami świecącymi mistrzowskim blaskiem.

 

A na zgniłym Zachodzie? Tam to dopiero wysoką rangę mają krajowe puchary! Na przykład w Anglii z małymi wyjątkami zawsze grano finał na londyńskim Wembley - starym, a teraz nowym - w obecności królowej albo co najmniej ważnego członka królewskiej rodziny. A jaką frajdę mają maluczcy, jeśli w drodze na tamtejszy Stadion Narodowy pokonają możnych. U nas też maluczcy leją możnych i o to przecież chodzi, ale coraz trudniej jednoznacznie określić, kto maluczki, a kto możny!

 

Choćby przedwczoraj, gdy na stadion III-ligowego GKS-u Jastrzębie przyjechał ekstraklasowy Górnik Łęczna. Może to i oczywiste, ale dla dobra tego tekstu trzeba nadmienić, że polska III liga to czwarty szczebel rozgrywkowy. I właśnie na ten czwarty szczebel „zjechał” zespół, który ostatnio 4:0 rozbił (i co z tego, że w Lublinie?) Koronę Kielce. Goście byli więc w Jastrzębiu-Zdroju naturalnym faworytem, aż do zapoznania się z ich... składem. Dziewięć innych nazwisk niż te, które rozstawiały po kątach kieleckiego rywala. To już dało do myślenia, ale naiwni jeszcze twierdzili, że rezerwowi będą się chcieli pokazać, a ich trener przekonywał, że to wcale nie rezerwowi, tylko szeroka ekstraklasowa kadra. I ta szeroka ekstraklasowa kadra powinna przegrać już w normalnym czasie, ale sędzia podyktował karnego. Skądinąd słusznego, ale wcześniej arbiter popełnił tyle błędów, że gdyby tej „jedenastki” nie zauważył, nie zepsułby sobie opinii bardziej niż już to zrobił.

 

Koniec końców dogrywający mecz w dziewiątkę łęcznianie przegrali po... karnych, a wieczorem Górnik Zabrze podejmował Wigry Suwałki. Choć to zespoły z tej samej klasy, jednak za naturalnych faworytów uchodzili zabrzanie. Trudno dziś zgadnąć dlaczego, skoro Wigry są w I lidze na miejscu czwartym, a Górnik na jedenastym i tę różnicę potwierdzili suwalczanie, nie potrzebując nawet dogrywki czy karnych. Jedynym powodem faworyzowania zabrzan jawi się ich występ w poprzedniej rundzie, kiedy wyeliminowali warszawską Legię, ale teraz to nawet trudno w to uwierzyć, mimo bardzo słabej postawy „wojskowych”. A wczoraj mająca bardzo wielkie aspiracje Lechia Gdańsk zabłądziła w Puszczy, konkretnie Niepołomickiej, występującej na trzecim szczeblu rozgrywek.

 

Czy naprawdę pytanie, kto nie chce zdobyć pucharu, może się jeszcze wydawać bezzasadne...

Z tej samej kategorii