Trenera poznaje się... w zimie

Rudolf Rohaczek uchodzi za mistrza przygotowań.
 /  fot. Krzysztof Porębski  /  źródło: SPORT

Jeśli więc każda pora na zwolnienie szkoleniowca jest dobra, to każda pora musi być dobra na zatrudnienie kolejnego, bo ponoć bez trenera się nie da. Wniosek z tego, że pora zaangażowania tzw. nowej miotły jest dla niej (miotły) obojętna. Otóż zupełnie nie!

 

Jeżeli prawdziwego przyjaciela poznaje się w biedzie, to prawdziwego trenera poznaje się w zimie. Prawdziwego trenera piłkarskiego oczywiście, choć może się zdarzyć, że nie tylko piłkarskiego. Kiedy klub futbolowy może zmienić szkoleniowca? Wszyscy wiemy, że w każdej chwili, w dowolnej porze roku, sezonu, a nawet po zwycięstwie(!), jak na przykład Jana Urbana z Lecha Poznań po 1:0 z Piastem Gliwice. Jeśli więc każda pora na zwolnienie szkoleniowca jest dobra, to każda pora musi być dobra na zatrudnienie kolejnego, bo ponoć bez trenera się nie da. Wniosek z tego, że pora zaangażowania tzw. nowej miotły jest dla niej (miotły) obojętna. Otóż zupełnie nie!
Nowy trener może przejąć zespół na przykład w letniej przerwie między sezonami. Ta przerwa jest zwykle krótka, wypełniona transferami do i z klubu, więc bywa tak, że nowy szkoleniowiec dostaje latem całkiem nową drużynę, a tu już trzeba rozpoczynać rozgrywki. Wobec tego tak często już słyszane zdanie, że „wartość mojej drużyny poznamy po 4-5 kolejkach”, z pozoru niegodne prawdziwego fachowca, już nabrało racji bytu i stanowi znakomite alibi. A że nie jest to alibi murowane, niektórzy trenerzy przekonują się mniej więcej w połowie rundy, kiedy wszyscy już znają „wartość jego drużyny” i trzeba ustąpić miejsca kolejnej kandydaturze na właśnie tego szkoleniowca, który zmieni oblicze zespołu. I na ogół zmienia, bo skoro poprzedni nauczyciel zawodu został wywalony, to zespół u nowego może grać tylko lepiej, no bo gorzej się już nie da! A jeśli nie gra lepiej, to przecież jest to wina tego wcześniejszego i trzeba po prostu dotrwać do zimy, by na spokojnie to wszystko poukładać.
A przerwa zimowa u nas jest długa, a zima jeszcze dłuższa i mocno nieprzyjazna. Jeśli boisko, to ze sztuczną trawą; jeśli teren, to po śniegu i lodzie; jeśli do ciepłych krajów, to tylko na tydzień, a potem znów sztuczna trawa, śnieg i lód. I bądź tu trenerze mądry! Konkretnych nazwisk nie będzie, po przecież wiemy doskonale, którzy trenerzy w ekstraklasie kalendarzowej wiosny już nie dotrwali lub „przeżyli” zimę ledwie o kilka dni; wiemy też którzy szkoleniowcy przy trzaskającym mrozie tak natchnęli swoich piłkarzy, że jak byli, tak są w czubie, albo jesienią skazani na pewny spadek, dziś wychodzą w niebytu. Jeszcze ciekawiej jest w lidze pierwszej, gdzie akurat kluby mające jesienią największe parcie na ekstraklasę, teraz tego - delikatnie mówiąc - nie potwierdzają.
Jest jednak w Polsce pewien trener, który doskonale wie, jak należy zespół poprowadzić zimą, dzięki czemu już po raz siódmy na przedwiośniu świętował tytuł mistrza Polski. To Rudolf Rohaczek, trener Cracovii. Że chodzi o Comarch Cracovię i hokej, w którym przerwy zimowej nie ma, to fakt, ale tu chodzi też, a może przede wszystkim, o fachowość, dzięki której profesor Janusz Filipiak już ponad dekadę zatrudnia czeskiego szkoleniowca, a piłkarskich trenerów przemielił już wielu.

Z tej samej kategorii