Gwiazdy są bliżej

Miałem wtedy 15 lat, więc byłem dorosły. Albo przynajmniej za swoją dorosłość dałbym się pokroić. Ojciec przyniósł bilet na mecz Polska - Anglia na Stadionie Śląskim. Dostał (kupił?) w pracy, bo wtedy takimi rzeczami zajmowały się tzw. rady zakładowe.

Jan Banaś
 fot. Łukasz Laskowski  /  źródło: Pressfocus

Choć do końca roku szkolnego było jeszcze kilkanaście dni, wszystko poza meczem przestało mieć znaczenie. 6 czerwca (44. rocznica!) od rana byłem w amoku. Na stadion tramwajem wyjechałem kilka godzin wcześniej. I bardzo dobrze, bo gdybym wybrał się jak na ligę, to bym się nie dostał! Choć liczba miejsc (i biletów) była określona, na trybunach było dwa razy więcej ludzi niż powinno. Naiwny nie wiedziałem, że gdy po prawdziwej walce z podobnymi do mnie w wąskim przesmyku między barierkami, z dumą przedstawiłem swój bilet, niektórzy wpuszczającemu (niemłodemu panu z opaską na rękawie ortalionowego płaszcza; pojęcia ochrona nikt wtedy nie znał) ściskali dłoń, przekazując - jako znak pokoju - pewną, chyba nawet niewygórowaną, kwotę. Takiego delikwenta nawet trudno byłoby odesłać, bo za nim kłębił się tłum kolejnych, a przejścia wąziutkie, a jak już ktoś był w środku, to i na sektor się jakoś dostał. Ja sektor miałem dobry, obok wieży, ale wolne miejsca na drewnianych ławkach (któż mógł zamarzyć o numerowanych krzesełkach) były już tylko wysoko, a okazało się potem, że miało to niebagatelne znaczenie. Wcześniej jednak przeżyłem coś, co nie dane mi było już nigdy później. Gdy będący wówczas spikerem red. Tadeusz Janik zaproponował prościutkie: „trzykrotnie hip, hip...” to „hurra!!!” stu tysięcy ludzi było wystrzałem z działa tuż obok ucha - taka była akustyka. Ale to jeszcze nic! Mazurek Dąbrowskiego w wykonaniu takiego chóru ugiął pode mną nogi, a łzy wzruszenia zatrzymały mi się w gardle. Tego nigdy nie zapomnę, nawet pomimo faktu, że już po kilkunastu minutach emocje jeszcze wzrosły, bo padła bramka dla Polski! Z mojego wysokiego rzędu nie byłem w stanie rozpoznać (tak!) naszych zawodników, których zresztą wówczas aż tak dobrze, jak dziś np. Roberta Lewandowskiego, znać nie moglem, choćby z powodu ówczesnych siermiężnych środków przekazu. Spiker ogłosił, że trafił Robert Gadocha. No i super. Dopiero po powrocie z meczu zorientowałem się, że równie wielu uważa, iż gola zdobył tak znów dziś popularny Jan Banaś. A ja Jana Banasia osobiście poznałem dużo później. A właściwie... nie poznałem. Podczas zimowego sparingu podszedłem do trenera Olimpii Piekary Śląskie, wypytałem o skład, a potem o jego nazwisko. „Jan Banaś” - usłyszałem. Zamurowało mnie. „Ten Jan Banaś?!”. „Tak”. Zawstydziłem się i przeprosiłem. Jednak troszkę potem pogadaliśmy i dowiedziałem się, że bramkę Anglikom strzelił właśnie on. Przypomniało mi się to wszystko przy okazji premiery „Gwiazd”. Filmu jeszcze nie widziałem, ale gdy dowiedziałem się, że przynajmniej jego połowa jest fikcją, byłem zaskoczony. Jestem bowiem niepodważalnie przekonany, że biografia Jana Banasia bez upiększeń nie byłaby mniej frapująca od fikcji...

 

Z tej samej kategorii