Samorząd plus futbol - model niekoniecznie idealny

Widzew - GKS
 /  fot. Michał Chwieduk  /  źródło: newspix.pl

Wojciech Stawowy ma spróbować wiosną uratować pierwszoligowy byt dla Widzewa - to wiadomość minionego weekendu w pierwszej lidze.

Sylwester Cacek miał kaprys oparcia swego zespołu w minionych miesiącach o trzecio- i czwartoligowców, więc zimą będzie musiał zapewne zapłacić dużo więcej - niż musiałby to zrobić latem - za to, by na nowym stadionie przy Al. Piłsudskiego za dwa lata nie rozgrywano meczów np. III ligi. I to bez żadnej gwarancji sukcesu.


Milioner z Łodzi wykłada jednak przede wszystkim własne pieniądze, miasto - po latach starań - ufunduje mu (fakt, że kosztowną...) wędkę w postaci stadionu. Ubiegłotygodniowe wybory samorządowe - abstrahując od kompromitacji polityków i instytucji państwa, jaka obserwujemy w przestrzeni realnej i medialnej - to dobry moment na refleksję nad miejscem pieniędzy publicznych w finansowaniu sportu.

 

Klub jest jednak ciut innym rodzajem działalności, niż miejska spółka na co dzień administrująca gminnymi wodociągami, budownictwem komunalnym czy nitkami ciepłowniczymi. Zbyt wielki jest tu element nieprzewidywalności, czynników zewnętrznych (sędziowie, menedżerowie) i ludzkich ambicji, by działały w nim proste metody zarządzania, zaczerpnięte z podręczników akademickich i teorii wykładanych w uczelnianych aulach.

 

Na Górnym Śląsku - i mowa nie tylko o klubach pierwszoligowych, ale także ekstraklasowych i tych z niższych klas - gdzie zaangażowanie samorządów jest bardzo znaczne, chyba można mówić o znacznej rozbieżności między wysokością przekazywanych środków a osiąganymi rezultatami. Pokazuje to, że ten model własności w futbolu zdecydowanie nie jest modelem idealnym i pożądanym.

 

Sęk w tym, że alternatywy - w tym regionie przynajmniej - specjalnie wielkiej nie ma...

Z tej samej kategorii