Odliczanie wstępne, czyli kielecki instynkt samozachowawczy

Podbeskidze Bielsko-Biała - Korona Kielce
 /  fot. Krzysztof Dzierżawa  /  źródło: Pressfocus

Ryszard Tarasiewicz człowiekiem i trenerem charyzmatycznym jest niewątpliwie. Z pewnością jest też szkoleniowcem lepszym niż choćby niejaki Jorge Paixao.

Ten ostatni miał u siebie jesienią i Luisa Carlosa, i Rafaela Porcellisa (a dodatkowo jeszcze Alvarinho i Micę - czyli twórców zwycięskiego gola dla Zawiszy w Krakowie), lecz jakoś nie potrafił ich potencjału "poskładać do kupy"; w wyniku czego bydgoszczanie - najlepszy dotąd zespół 4 tegorocznych kolejek - wciąż zamykają ligową tabelę po 23 seriach gier. 

 

Trudno jednak jednoznacznie przyklasnąć stosowanej przez "Tarasia" polityce personalnej w Koronie. 6,5,3 - te cyfry, niczym wsteczne odliczanie, obrazują liczbę Polaków, desygnowanych do gry przez niego w wyjściowej jedenastce jego zespołu w trzech ostatnich kolejkach. Owszem, w tabeli wiosny kielczanie plasują się na razie na szóstej pozycji, co jawi się przesłanką, by szkoleniowca za trafne wybory klepać po plecach. Z drugiej strony - wciąż ciężko ich sytuację ligowej stawce nazwać komfortową, skoro od strefy spadkowej dzielą ich ledwie trzy punkty. Do tego zaś dochodzi jeszcze aspekt pozasportowy...


Korona jak żaden inny klub w ekstraklasie, doświadczyła w ostatnich tygodniach prawdziwej huśtawki nastrojów, związanej z "kaprysem" swego właściciela. Jest nim - jak wiadomo - miasto Kielce, które głosami swych radnych u progu roku omal nie wysłało swych piłkarzy "na zieloną trawkę". Nie sposób uciec od refleksji, że być może trudniej byłoby ojcom miasta o takowe decyzje, gdyby w kieleckim zespole ciut więcej było jeśli nawet nie wychowanków, to przynajmniej ikon, z którymi lokalna społeczność (nie tylko kibicowska) mogłaby się identyfikować. Tam, gdzie brakuje czasem jakości piłkarskiej, za którą warto zapłacić publicznymi środkami, dobrze jest mieć kilku bohaterów zbiorowej wyobraźni.

 

W innych drużynach "miejskich" o to dbają: w Gliwicach jest Podgórski, Wilczek i trochę przez ekspertów niedoceniany Klepczyński. Podbeskidzie ma Sokołowskiego i Chmiela, nie mówiąc o "zaimportowanych" z Kielc Stano (od lat w Polsce, traktowany jak "swój") i Korzymie, którzy choćby takimi meczami, jak ten niedzielny, będą pracować na miano "góralskich ulubieńców". W Kielcach zaś jeden Paweł Golański to serdecznie mało...

Z tej samej kategorii