Ada(m), to nie wypada!

Legia Warszawa - Ruch Chorzow
 /  fot. Rafał Oleksiewicz  /  źródło: Pressfocus

W mej „pismackiej” przygodzie trapi mnie dziwna przypadłość: obok pięknych bramek czy ekwilibrystycznych parad bramkarskich w pamięci nader łatwo zostają mi może nie tyle boiskowe „babole” (bo rzeczą ludzką - i piłkarską - jest mylić się), co sytuacje, w których zachowanie zawodnika na murawie bywało niezrozumiałe, a na dodatek - kosztowne dla jego drużyny.

Oczywiście grubą przesadą byłoby czynienie Adama Pazia odpowiedzialnym za degradację Podbeskidzia z ekstraklasy dziewięć miesięcy temu. Do dziś jednak powraca w głowie obraz jego zachowania w meczu 34. kolejki, z Jagiellonią. Bielszczanie wciąż byli jeszcze wówczas „nad kreską”, a w Białymstoku prowadzili 1:0 i 2:1. Zegar wskazywał już 93 minutę - przy stanie 2:2 na tablicy wyników - gdy Karol Świderski pognał lewym skrzydłem za podaniem partnera. Popędził za nim wprowadzony ledwie kwadrans wcześniej na murawę Pazio właśnie.

 

Piłka była - wydawało się - wychodząca, a jednak młodziak z Podlasia nie odpuścił; dopadł jej na samej linii końcowej, zagrał piętą (zakładając przy okazji „siatkę” zaskoczonemu bielszczaninowi), a potem obiegł go i wyłożył futbolówkę Tarasowi Romanczukowi. Ukrainiec zaś dał gospodarzom zwycięskie trafienie! Oczywiście Jozef Piaczek cofnął nogę, gdy Świderski - już w „szesnastce” - szedł wślizgiem. Oczywiście Paweł Baranowski spóźnił się z próbą blokowania strzału Romanczuka. Ale te szczegóły widać dopiero na powtórce. Za to kilka kroków Pazia wykonanych... spacerkiem za graczem Jagiellonii, a potem wymownie rozłożone ręce, artykułujące pretensje do kolegów z defensywy - te dwie rzeczy rzucały się w oczy bez konieczności ponownego odtwarzania materiału...


Ta scena stanęła mi jak żywa przed oczami, gdy na kwadrans przed końcem niedzielnego meczu przy Łazienkowskiej Adam Pazio „wypłacił z liścia” Arturowi Jędrzejczykowi, za co - słusznie - powędrował pod prysznic z czerwoną kartką. Co prawda Ruch prowadził już 3:0, ale... wcale nie musiał obronić się przed narastającą legijną nawałnicą, grając w osłabieniu.

 

Zachowanie chorzowianina - równie „egzotyczne intelektualnie” jak odpuszczenie Świderskiego w Białymstoku - znów mogło mieć bolesne konsekwencje dla jego drużyny. Na szczęście nie miało, ale to już chyba ostatni dzwonek, by niegdysiejszy wielki talent z Wołomina („To jest zawodnik, któremu wróżę naprawdę wielką reprezentacyjną przyszłość; nie boję się tego powiedzieć” - mówił o nim Piotr Stokowiec) owe „ochy” i „achy” na swój temat przełożył na boiskową odpowiedzialność za swe zachowania!

Komentarze

Napisz komentarz
No photo
No photo~AdamUżytkownik anonimowy
~Adam :
No photo~AdamUżytkownik anonimowy
Warszawski zawodnik nie potrzebnie popychal zawodnika Ruchu,dał sie sprowokowac i tyle najlepszym sie zdarza.....
21 lut 16:39 | ocena:67%
Liczba głosów:3
67%
33%
Link do tego komentarza:
Z tej samej kategorii