36 miesięcy to czasami epoka, czyli w cieniu greckiej tragedii

Robert Lewandowski
 /  fot. Norbert Barczyk  /  źródło: Pressfocus

Jeżeli ktoś nie wierzy, że jakość gry w piłkę zależy od jakości życia, to niech spojrzy na mapę Europy. Dokładnie na jej południe i okolice Aten.

Oczywiście, że od każdej teorii są wyjątki. W futbolu pewnie znajdziemy ich nawet więcej niż w każdej innej dziedzinie życia, bo trafi się wybitny trener, wybitny piłkarz, wspaniały rocznik, ewentualnie cudowne pokolenie piłkarzy. Ale... Na dłuższą metę silni byli, są i będą... bogaci. 

 

Tragedia grecka zyskała nowe oblicze. Nie filozofów, wodzów i twórców europejskiej cywilizacji, ale... piłkarzy. Jedenaście lat temu byli mistrzami Europy, a dziś dwa razy – czyli trudno mówić o przypadku – przegrywają z Wyspami Owczymi. I trudno tego nie zestawić z kryzysem, który dotknął ten piękny kraj. Grecja stoi na krawędzi bankructwa, podobnie jak piłkarska reprezentacja tego kraju.


Mało jest na Starym Kontynencie nacji, które mają o polskim futbolu tak dobre zdanie. Grecy doskonale pamiętają, kto uczył ich gry w piłkę. Kazimierz Górski, Jacek Gmoch i Andrzej Strejlau to nazwiska w tym kraju czczone, może nawet – poza panem Kazimierzem – bardziej niż nad Wisłą.


To jednak odległa historia. Podobnie jak ta sprzed trzech lat, kiedy meczem z Grekami rozpoczynaliśmy najważniejszą i przegraną z kretesem imprezę w historii polskiego futbolu. W końcu mistrzostwa Europy organizuje się raz na kilka dekad albo wcale. Dzisiejszy mecz pewnie przywoła wspomnienia. Inauguracyjny gol Roberta Lewandowskiego, czerwona kartka Wojciecha Szczęsnego, rzut karny obroniony przez Przemysława Tytonia... Późniejsze losy tej trójki pokazują, że 36 miesięcy to w życiorysie piłkarza czasami epoka.


Żaden z nich nie wyjdzie dziś na boisko w wyjściowym składzie, „Lewy” zresztą ma już zasłużone wakacje. Stawki obu spotkań to niebo a ziemia, co nie znaczy, że wieczorne spotkanie trzeba tylko „odhaczyć”. Może nie mamy jeszcze drużyny wybitnej, a nawet bardzo dobrej, ale na pewno co najmniej solidną, w której przynajmniej na 7-8 pozycjach grają „pewniacy”. Trzeba więc zagrać coś więcej niż ligową średnią, by dać sygnał, że jest się godnym założenia koszulki z orzełkiem. Pamiętam słowa Jerzego Gorgonia, który mówił: - Skoro ja gram w kadrze, a nie Oślizło, Wyrobek, Bulzacki i Ostafiński, to znaczy, że chyba jestem dobry...


Aż takiego wyboru Nawałka dziś nie ma, ale większy niż jeszcze rok-dwa lata temu na pewno. A przecież są jeszcze 2-3 pozostałe miejsca na boisku, na których gracza ze znakiem jakości przyjmiemy z otwartymi rękami. W końcu tak silna jest kadra, jak jej dziesiąte i jedenaste ogniwo. Dlatego – mimo wakacji – czekamy na mecz, który da trenerowi do myślenia, a w narodzie wywoła pozytywną dyskusję. Tylko tyle? Aż tyle!
 

Kto wygra dziś w Gdańsku?
Z tej samej kategorii