Rekord Roberta Lewandowskiego w Lidze Mistrzów

Kapitan naszej reprezentacji przechodzi dziś do historii, jako pierwszy Polak zagra piąty mecz w półfinale LM.

Najpierw był Real, potem Barcelona, dziś czas na Atletico. Traf, a może raczej siła ligi hiszpańskiej, sprawia, że Robert Lewandowski o finał Ligi Mistrzów gra tylko z drużynami Primera division. Reguły nie ma. Grając w barwach BVB Polak dał show w meczu z „królewskimi”. Strzelił cztery gole, przyćmił Cristiano Ronaldo, to wtedy jego nazwisko po raz pierwszy odmieniał cały piłkarski świat, a Polak w ciągu 90 niesamowitych minut wykonał najbardziej znaczący krok w swojej karierze. Był rok 2013, Borussia awansowała do finału, a Lewandowski wszedł do elity.
Od Barcelony Bayern był przed rokiem słabszy. Podobnie jak Lewandowski od Messiego i Neymara, choć jednego gola „Dumie Katalonii” strzelił. Tylko jednego, bo już w pierwszym meczu na Nou Camp miał wyborną sytuację, która mogła zmienić przebieg rywalizacji z „Barcą”.
Atletico to z wielkiej hiszpańskiej trójki rywal najmniej... przyjemny. Szczególnie dla napastników. O ile Real i Barcelona z reguły nastawione są na ofensywę, licząc, że nawet tracąc dwa gole, zawsze mogą strzelić trzy, to drużyna Diego Simeone w jednym osiągnęła perfekcję. W przeszkadzaniu, w grze obronne, w dyscyplinie taktycznej, w poświęceniu się dla drużyny. Wystarczy sobie przypomnieć finał z Realem w 2014 roku – przegrany, ale po jakiej walce. I mecz sprzed kilkunastu dni, kiedy na Atletico „połamali” sobie zęby Neymar, Suarez i wielki Leo Messi, najlepsze ofensywne trio współczesnego futbolu. Oni nie dali rady w trójkę. Czy Lewandowski da sam?
Kapitan polskiej reprezentacji przechodzi dziś do historii naszej piłki. W końcu jako pierwszy polski piłkarz zagra piąty mecz w półfinale najważniejszego z europejskich pucharów. Zbigniew Boniek ma na liczniku cztery takie mecze. Ale w tym wypadku nie o taką historię chodzi. Prawdziwe miejsce w panteonie gwiazd i Polakowi, i Bayernowi odchodzącego z Bawarii Pepa Guardioli da nie czwarte z rzędu mistrzostwo Niemiec, ale wygrany finał Champions League. „Lewy” kończy bardzo udany sezon. Pewnie będzie królem strzelców Bundesligi i czwarty raz zostanie mistrzem Niemiec. Ale nie ma wątpliwości, że w ostatnich tygodniach zmęczony Lewandowski nie gra wielkiego futbolu. Poza meczem z przeciętnym Schalke 04 w zasadzie od ponad miesiąca trudno wskazać jedno spotkanie, w którym pokazałby choćby błysk geniuszu, którego nikt nie neguje, ale który czasami, najlepiej w najważniejszych meczach sezonu po prostu wypada pokazać i potwierdzić. Dziś jest ku temu doskonała okazja. Także dlatego, że poprzeczka dla napastników zawieszona zostanie na ekstremalnie dużej wysokości.

Z tej samej kategorii