Wszyscy na Narodowy!

20150418CSPW5043.jpg
 fot. PAWEL WILCZYNSKI  /  źródło: Cyfrasport

Winny skandalu na Stadionie Narodowym został znaleziony bardzo szybko. Padło na Ole Olsena. Poniekąd słusznie.

Ole Olsena, Duńczyka - przed laty wybitnego zawodnika, a w ostatnich kilku dekadach alfę i omegę światowego speedwaya - tym razem zawiódł nos. A może inaczej, wygrała rutyna, bo skoro prawie zawsze się udawało, to dlaczego miało nie wyjść teraz.

 

Oczywiście, mądry Polak po szkodzie, ale pytanie, czy naprawdę każda wielka impreza musi prędzej czy później trafić na Stadion Narodowy, jest zasadne. Szczególnie po sobotniej wpadce. Argumenty za absolutnie rozumiem. Większy prestiż, więcej sponsorów, więcej pieniędzy, robiące wrażenie opakowanie. Szczególnie, a może tylko, w telewizji, bo wystarczy przypomnieć tysiące kibiców, którzy poświęcili mnóstwo kasy i czasu, by obejrzeć na tym stadionie pierwszy mecz mistrzostw świata w siatkówce, a wynik i przebieg rywalizacji poznali następnego dnia z... gazet. Może przesadzam, ale tylko trochę.


Problem w tym, że gubimy w tym wszystkim ducha sportu. Żużla po prostu nie wypada zabierać Bydgoszczy, Toruniowi czy Zielonej Górze. To tam są wierni kibice tej dyscypliny i tam jest klimat, by robić imprezę, w której najważniejszy jest sportowiec i kibic, a nie bicie rekordów. Nie dość, że pewnie we wspomnianych miastach impreza odbyłaby się od początku do końca, to po ostatnim biegu z pewnością cały stadion na stojąco żegnałby Tomasza Golloba. W Warszawie wściekli fani opuszczali obiekt, zapominając, kto od początku do końca miał być bohaterem wieczoru - niezależnie od wyników rywalizacji, problemów z taśmą i z marnym torem. Trzeba to najzwyczajniej w świecie czuć, a droga na skróty w tym wypadku absolutnie nie obowiązuje.
Dwumilionowa Warszawa - poza Legią - dokładnie w żadnej dyscyplinie nie ma drużyny, której gra wzbudzałaby emocje, która odnosiłaby sukcesy i przyciągała na trybuny kibiców, najczęściej w weekendy wyjeżdżających ze stolicy w rodzinne strony. To akurat ewenement na miarę Europy, co jednak wcale nie znaczy, że w ramach rekompensaty trzeba na Narodowym - wiemy, że musi zarabiać - bawić się niemal we wszystko.


Za tydzień na tym obiekcie odbędzie się finał Pucharu Polski. Tym razem taśma się nie zerwie, ale zagrożenia są inne. Odpukać... Ten pomysł jednak się broni. Choć szkoda tylko, że PZPN już w momencie układania drabinki robi wszystko, by ryzyko braku w finałowej konfrontacji Legii i Lecha ograniczyć do minimum. Za to można mieć wątpliwości, czy naprawdę każdy mecz o punkty reprezentacji aż do 2020 roku musi być rozegrany na Narodowym. Szczególnie w czasach ograniczenia meczów towarzyskich do minimum. Wiem, jest Wembley... Ale naprawdę na razie nie porównujmy tych dwóch obiektów. Niemcy, Włosi, Hiszpanie... Niemal każdy kraj, w którym od jednej do drugiej granicy jest więcej niż 300 kilometrów, potrafił znaleźć rozwiązanie, które satysfakcjonuje wszystkich. My jesteśmy zero-jedynkowi. Chyba nie tędy droga.

Z tej samej kategorii