Każdy kolejny mecz słabszy od poprzedniego

Polska - Armenia
 fot. Rafał Oleksiewicz  /  źródło: Pressfocus

Fajnie, że drużyna potrafi wygrać, gdy gra „piach”. Źle, że gra „piach”, skoro Euro 2016 miało być początkiem czegoś nowego.

Na papierze jest dobrze. Siedem punktów, drugie miejsce w grupie, sukces z Danią, aż siedem bramek strzelonych w trzech meczach. Ale równie dobrze można stwierdzić, że szklanka jest do połowy pusta. Pięć bramek straconych, każdy kolejny mecz słabszy od poprzedniego, czego apogeum oglądaliśmy we wtorek, słaba forma wielu piłkarzy, którzy powinni być filarami drużyny narodowej.

 

Gdyby na chłodno przeanalizować wydarzenia z wtorku, można byłoby dojść do wniosku, że limit szczęścia wyczerpaliśmy na całe eliminacje. Trochę tak, jak dokładnie dwa lata wcześniej, kiedy drużyna Adama Nawałki wygrała z Niemcami 2:0. Wynik poszedł wtedy w świat, ale trudno nie pamiętać, jaki przebieg miało tamto spotkanie. Euforia była jednak usprawiedliwiona, skoro pokonaliśmy do zera mistrzów świata.


Kogo tym razem? Ormian grających bez swojej największej gwiazdy, którzy... 65 minut grali w dziesiątkę, choć sędzia wcale nie musiał pokazać ich piłkarzowi pierwszej żółtej kartki, sami strzelili sobie gola, a w 94 min powinni zapewnić zwycięstwo na Narodowym. Nawet gdyby mieli po tej akcji rzut rożny, pewnie dograliby mecz do ostatniego gwizdka. Nie zrobili tego, ich problem. Ale nasz też, bo drugi raz coś podobnego raczej się nie zdarzy. Ewentualnie w drugą stronę, bo suma szczęścia i pecha zwykle wychodzi na zero.


Fajnie, że drużyna potrafi wygrać, kiedy gra „piach”. Źle, że gra „piach”, skoro Euro 2016 miało być początkiem czegoś na kształt stałej obecności biało-czerwonych w czołówce kontynentu. Mowa o wynikach i jakości gry. Bądźmy szczerzy, siedem punktów mamy tylko dlatego, że Robert Lewandowski sportowo i mentalnie wszedł na poziom dla innych nieosiągalny. Można tylko żałować, że tak nie grał we Francji.

 

Podobnie, jak może żałować choćby Waldemar Fornalik, który trzy lata temu nie miał takiego „gościa” w składzie. Z Lewandowskim z tamtego okresu pewnie przegralibyśmy z Armenią 1:2. Oddając honory, trzeba wspomnieć o Kubie Błaszczykowskim. „Lewy” trafił i to kapitan wskazał pomysł na ostatnią akcję meczu, ale bez precyzji i spokoju Kuby, który w 95 min dograł piłkę idealnie, co do centymetra, dziś wszyscy bylibyśmy w podłych nastrojach.


Ostatnia akcja meczu nie przysłoni jednak słabości i problemu, przed którym zdaje się, że stanął Adam Nawałka. Nazywa się on „sytość” i przekonanie, że kolejne mecze, szczególnie ze słabymi rywalami, wygrają się same. Może trochę zagłaskaliśmy piłkarzy po turnieju we Francji, może oni sami nie potrafią sobie poradzić z nową rzeczywistością, kiedy w garniturach i modnych strojach trafili na pierwsze strony nie tylko sportowych gazet.


Nawałka i piłkarze wykonali zbyt dużo pracy, by teraz, między innymi przez oglądane na niektórych konferencjach prasowych zblazowanie, inaczej mówiąc znudzenie nadmiarem wrażeń i przeżyć, cały wysiłek rozlazł się trenerowi między palcami. Nawałka chyba powinien wcielić się w rolę kaprala i ponownie złapać grupę w garść, bo liczenie, że Kuba wrzuci, a „Lewy” jeszcze raz trafi, jest bardzo ryzykowne.

Komentarze

Napisz komentarz
No photo
No photo~JanekUżytkownik anonimowy
~Janek :
No photo~JanekUżytkownik anonimowy
Jaki trener taka kadra!
13 paź 16 19:29 | ocena:67%
Liczba głosów:3
33%
67%
Link do tego komentarza:
Z tej samej kategorii