Jak nie odfrunąć?

2015 rok to dzięki kadrze czas radości. Jaki będzie rok 2016?
 /  fot. Tomasz Folta  /  źródło: Pressfocus

Reprezentacja Polski poniosła w tym roku jedną porażkę - z mistrzami świata, Niemcami. Na wyjeździe.

 

Chciałoby się powiedzieć – chwilo trwaj! Kadra skończyła rok ponosząc w nim zaledwie jedną porażkę. Z mistrzami świata na wyjeździe, i to po meczu, w którym poza pierwszym fragmentem grała bardzo przyzwoitą piłkę. Nawet lepszą niż rok wcześniej, kiedy mając „furę” szczęścia, drużyna Adama Nawałki ograła Niemców. Wtedy została wygrana bitwa. Prestiżowa, odnotowana w całym piłkarskim świecie, ale jednak tylko bitwa. Za trzy punkty.

 

Rok 2015 to wygrana kampania. Czy wspominając po latach kończące się miesiące zapamiętamy jeden mecz, jedno zagranie, jedną bramkę... Raczej całokształt, bo kadra, mimo krótkich chwil słabości, była pozytywnie przewidywalna i bardzo konsekwentna. Nawet we wtorkowym meczu, kiedy na boisku zabrakło dwóch najważniejszych żołnierzy Adama Nawałki. Wygrali, strzelili trzy gole, trafili do siatki po stałym fragmencie gry... To ostatnie miało miejsce po raz dziesiąty w ostatnich miesiącach, więc nawet najwięksi krytycy nie mogą mówić tylko o szczęściu i przypadku. A kiedy był blisko półgodzinny moment futbolowej mizerii - a był w pierwszej połowie, kiedy czescy dublerzy robili na boisko, co chcieli i jak chcieli - biało-czerwoni przetrwali, tracąc tylko jednego gola. Czyli mieliśmy eliminacje w pigułce, choć bez Lewandowskiego, Krychowiaka czy Błaszczykowskiego.

 

Na podsumowania przyjdzie jeszcze czas, ale z historii wiemy, że po bitwach i kampaniach przychodzi czas na decydujące starcie. A to – wierząc, że świat do tego czasu zupełnie nie zwariuje, co wcale oczywiste nie jest – odbędzie się w czerwcu przyszłego roku na stadionach we Francji. Rok 1973 pamiętamy do dziś dlatego, bo po nim był rok 1974 i sukces na MŚ w Niemczech. Podwójna wygrana z NRD kadry Antoniego Piechniczka ma dziś swoje miejsce w historii przede wszystkim dlatego, że w kolejnym, parzystym roku – 1982 - drugi raz zostaliśmy trzecią drużyną świata.

 

Potem bywało już różnie. Były świetne lata nieparzyste, jak choćby roku 2001 – rozkwit, a ktoś powie, że także zmierzch kadry Jerzego Engela, czy 2007, kiedy Leo Beenhakker na chwilę obudził w nas wiarę, że możemy coś w europejskim futbolu znaczyć. Kolejne lata – już parzyste – były wyłącznie rozczarowujące. Lepsi byli tylko rywale na dużych imprezach, bo już nie gra biało-czerwonych.
Ostatnie dni jeszcze bardziej rozbudziły nadzieję, skoro dwóm finalistom ME Polacy strzelili siedem goli. Każdy musi przyznać, że świetnie oglądało się zespół, który do meczów towarzyskich podchodził jak do tych najważniejszych i decydujących. Nie zawsze tak było.

 

Euforia i optymizm są w tej sytuacji absolutnie naturalne. Podobnie jak wiara, że każda decyzja Nawałki w ostatnim roku była słuszna. To też ważne, bo dzięki temu przez najbliższe miesiące mniej anonimowa będzie nasza liga. Pazdan, Mączyński, Jodłowiec, Kapustka... Jeszcze przez jakiś czas mamy ich na wyciągnięcie ręki, choć w wypadku tego ostatniego ten czas może skończyć się bardzo szybko, czyli w zimowym „okienku” transferowym. W kontekście Euro nie byłaby to dobra decyzja, ale we współczesnym futbolu wszystko zależy od ceny. Nawałka kiedyś też chciał zostawić Milika w Zabrzu.

 

Kończąc, we Wrocławiu nie widziałem drużyny doskonałej, ale też nie widziałem drużyny sytej i przekonanej o swojej wielkości. I dobrze, na to mają jeszcze czas. Pod warunkiem, że nie odfruną. Ale to już zmartwienie Adama Nawałki.

Z tej samej kategorii