Graliśmy dobrze, kiedy był dobry wynik. Graliśmy źle, kiedy zaczęły się schody

Kamil Grosicki i Robert Lewandowski
 /  fot. Szymon Górski  /  źródło: Pressfocus

Nie zapomnimy tego wieczoru długo, a jeżeli zagramy za rok w ME - to pewnie nigdy. Szkoci też pamiętać będą go bardzo długo, choć chcieliby o nim zapomnieć zapewne już wczoraj.

Co wiemy? Szkoci do Francji nie pojadą. My w najgorszym wypadku zagramy w barażach. Wygrana w niedzielę da nam drugie miejsce, podobnie jak remisy 0:0 i 1:1. Wiemy też, że Robert Lewandowski dorósł do tego, by także w kadrze strzelać gole ważne, nie tylko w meczach przegranych i ze słabymi rywalami.


Przez 40 minut pierwszej połowy graliśmy najbardziej dojrzałą piłkę w trwających eliminacjach. Pewnie trzeba by się cofnąć o jeszcze kilka lat, by znaleźć mecz, w którym było tyle jakości, spokoju, rozwagi i piłkarskiej kultury. Oczywiście należy brać poprawkę na jakość rywala, którego piłkarze nie grają w Bayernie, Fiorentinie, Sevilli czy Torino, ale przecież ta sama Szkocja rok temu przez wiele minut dominowała na Stadionie Narodowym w Warszawie.

 

To pokazuje, jaki postęp jakościowy zrobiła drużyna „nakręcana” kolejnymi dobrymi wynikami. Przed przerwą doskonale widzieliśmy to na przykładzie dwóch piłkarzy, którzy jeszcze rok temu byli od kadry bardzo daleko, a jeżeli już wychodzili na boisko, to należeli to tych, których obecność wśród wybrańców Adama Nawałki budziła najwięcej wątpliwości. Pierwszy to Michał Pazdan, drugi - Krzysztof Mączyński. Nawałka obu przez kilka lat prowadził w Zabrzu, wczoraj obaj wyszli z cienia tego trzeciego, który grał na Roosevelta, czyli Arkadiusza Milika.

 

Podobało się jeszcze coś. To Polacy częściej... faulowali, jakby dając sygnał, że nie tylko umiejętnościami, ale też walką i determinacją są w stanie zdominować gospodarzy.


Mimo ogromnej stawki oglądało się ten mecz wyjątkowo spokojnie. Nawet cudowny gol Szkota, który padł w ostatniej sekundzie pierwszej połowy można było potraktować jako wypadek przy pracy, który nie miał prawa zburzyć pozytywnego obrazu całości. Najlepszym tego dowodem była sytuacja Milika z 17 sekundy drugiej połowy.


I na tym... koniec. Teraz pochwały muszą się skończyć. Jeżeli bowiem ma się rywala w narożniku, a może nawet na kolanach, to trzeba go „dobić”. Tymczasem oddaliśmy przeciętnym Szkotom niemal 45 minut drugiej połowy, czego zespół aspirujący do tego, by być solidną marką w Europie, nie ma prawa zrobić.

 

Graliśmy dobrze, kiedy był dobry wynik. Graliśmy źle, kiedy zaczęły się schody. Po stracie drugiego gola nie było już Mączyńskiego, nie było Grosickiego, nie było Błaszczykowskiego. Na szczęście był Lewandowski i „fura” szczęścia w ostatniej sekundzie z czterech doliczonych minut.

 

Do Francji jeszcze nie jedziemy. W niedzielę trzeba wykonać krok ostatni. Wynik meczu rozegranego w Dublinie pokazuje, że będzie może nawet trudniejszy niż przewidywaliśmy wczoraj. Remis da awans, ale trzeba grać o wygraną, bo drugi raz coś, co miało miejsce wczoraj krótko po 22.30, może się długo nie zdarzyć.

Jaki będzie dalszy los Polaków w eliminacjach Euro 2016?
Z tej samej kategorii