"Lewy" czerwcowy. To nie było reżyserowane!

Jakub Błaszczykowski Robert Lewandowski
 fot.  /  źródło: Pressfocus

Do Frankfurtu na mecz z mistrzem świata pojedziemy jako lider, co brzmi ekscytująco!

Mecze eliminacyjne grane w czerwcu trzeba wygrywać. Nic więcej. Pewnie, że fajnie przy okazji pokazać trochę jakości, stylu, sportowej klasy... A przede wszystkim takiemu rywalowi, jak 139. w rankingu FIFA Gruzja strzelić kilka goli. Tak się stało.

Piłkarze wiosną wykonali plan minimum. Z Gruzinami mieli wygrać, a w Dublinie co najmniej zremisować. Dziś nie mamy już wątpliwości, że wszystko co najważniejsze w grupie D wydarzy się jesienią, najpewniej w Niemczech i w Szkocji. Do Frankfurtu na mecz z mistrzem świata pojedziemy jako lider, co już brzmi ekscytująco. Do Szkocji? Poczekajmy kilka miesięcy.

 

W sobotę na „Narodowym” wydarzyło się kilka rzeczy, które zapamiętamy ma lata – oczywiście pod warunkiem awansu na ME, bo nawet najbardziej niesamowite wydarzenia szybko wymazujemy z pamięci, jeżeli w efekcie finalnym kojarzą się tylko z porażką.

Trzy gole Lewandowskiego strzelone w ciągu czterech minut? Rewelacja, choć sam piłkarz na pewno miał świadomość, że do tego czasu jego występ był taki, jak pogoda, czyli letni. Jeden z posłów chciał go już nawet zmieniać przez Twittera, ale akurat ten incydent wpisuje się w jakość polskiej klasy politycznej. Inna rzecz, że gwizdy słyszeliśmy wszyscy, i dobrze, że tym razem po strzelonych golach nie przyłożył palca do ust.

 

Radość „Lewego” i Kuby Błaszczykowskiego po golu na 3:0? Bezcenna i na pewno nie reżyserowana. Ci panowie w kadrze naprawdę mają wspólny cel, bo przecież w drużynie narodowej nigdy niczego nie wygrali. I będę się upierał, że Adam Nawałka miał zabrać, a potem wpuścić Kubę z ławki na boisku w Dublinie. Być może dziś byłyby na koncie o dwa punkty więcej.

 

Ale też nie narzekajmy. Przecież w 82 minucie mogło być 1:1. Tak, ta drużyna faktycznie nie „pęka” i nawet jeżeli w jej grze czasami brakuje jakości, to można być pewnym, że nie straci głowy i będzie „gonić” wynik do końca, ale gwarancji, że drugi raz objęłaby prowadzenie nie ma żadnej. I dziś byłoby rwanie włosów, a nie entuzjazm po wygranej, na pewno za wysokiej biorąc pod uwagę przebieg meczu.

 

Na analizy przyjdzie czas. Grzegorz Krychowiak jesienią będzie wypoczęty, gotowy do gry będzie Kamil Glik, może wyzdrowieją lewi obrońcy. Ale trudno nie poświęcić kilku osobnych zdań jednego piłkarzowi. Arkadiusz Milik – choć w drużynie najmłodszy – gra dziś piłkę najbardziej dojrzałą i to on był „ojcem” zwycięstwa. Lewandowski powiedział rok temu – niefortunnie – że chciałby dostawać jakie podania, jak Milik. I dostawał, od Milika. Chłopak wiosną niewiele grał. Wywalił z pucharów Legię – też w Warszawie – a potem głównie się leczył. W sobotę błysnął w chwili najbardziej odpowiedniej. Było bardzo ciepło, piłkarze musieli czuć zmęczenie, niebawem zaczęlibyśmy nerwowo odliczać minuty. Taką „perełkę” aż prosi się pokazać w Europie. Najlepiej we Francji, dokładnie za rok.

Z tej samej kategorii