Do przerwy 1:2, druga "połowa" w Suwałkach

Jarosław Skrobacz
 fot. Rafał Rusek  /  źródło: Pressfocus

Czy drużynie GKS 1962 Jastrzębie trzeba już odebrać szansę na półfinał Pucharu Polski po porażce na własnym boisku? Trener Jarosław Skrobacz twierdzi, że wierzy w swój zespół, który jest dopiero w połowie rywalizacji.

Jak tu się nie odwołać do kultowego telewizyjnego serialu „Do przerwy 0:1” opartym na książce Adama Bahdaja o tym samym tytule? Przypomnę w skrócie jego treść - zespół składający się z warszawskich urwisów gra w turnieju drużyn podwórkowych i zmaga się z różnymi przeciwnościami w drodze do zwycięstwa. Wszyscy oglądający, a wcześniej czytający książkę, na pewno kibicowali Syrence, drużynie Paragona i Perełki, ściskając kciuki, żeby im się powiodło.
Wczoraj w roli Syrenki wystąpił GKS 1962 Jastrzębie, jedyny przedstawiciel III ligi (czyli czwartego poziomu rozgrywkowego) w gronie ćwierćfinalistów Pucharu Polski. Jestem pewny, że wielu - być może na co dzień mało interesujących się futbolem - mocno ściskało kciuki za jastrzębian, żeby im się powiodło w rywalizacji z grającymi dwie klasy wyżej Wigrami Suwałki. I pewnie nie mieli za złe, że Wojciech Caniboł nabrał sędziego - co wyraźnie pokazały telewizyjne powtórki - który podyktował za rzekomy faul na nim karnego. Koniec końców remisu nie udało się dowieźć do końcowego gwizdka, a przed jastrzębską drużyną jeszcze rewanż w Suwałkach.
Czy ten wynik oznacza, że śląskiego „Kopciuszka” trzeba już skreślić i odebrać mu szansę awansu do półfinału? A może jak we wspomnianym na wstępie serialu potraktować wynik meczu w Jastrzębiu Zdroju, jako „do przerwy 1:2”? Z tego założenia na pewno wychodzi trener GKS 1962 Jastrzębie Jarosław Skrobacz, o czym świadczy pomeczowa wypowiedź. „Nie musieliśmy tego spotkania przegrać, pomijając wszystkie okoliczności kadrowe. Graliśmy bez pięciu zawodników i to się musiało odbić na dyspozycji drużyny. Początek był w naszym wykonaniu bojaźliwy, ale potem moi piłkarze uwierzyli że można i jestem przekonany, że uda się też w Suwałkach. Wierzę w swój zespół, jesteśmy w połowie rywalizacji”. Panie trenerze, my też wierzymy i będziemy trzymali kciuki za powodzenie.
A na koniec z nieco innej beczki. Różnie została przyjęta wypowiedź Zbigniewa Bońka podczas wizytacji modernizowanego Stadionu Śląskiego, że czuje do tego obiektu wielki sentyment i zrobi wszystko, żeby wróciła na jego arenę wielka piłka. Na razie padła obietnica, że mógłby na nim corocznie odbywać się prestiżowy mecz o Superpuchar, czyli mistrza kraju i zdobywcy Pucharu Polski. Niektórzy potraktowali te słowa jako element przedwyborczej kampanii o fotel prezesa PZPN. Być może tak jest, dlatego trzeba niejako pomóc Bońkowi w dotrzymaniu słowa. Jak? Dobrymi wynikami drużyn z naszego regionu.
Bo smutek musi każdego ogarnąć, kiedy spojrzy na nasz stan posiadania. W rozgrywkach pucharowych mamy tylko jednego przedstawiciela i to z III ligi, a w ekstraklasie śląskie kluby są w ogonie tabeli. A z pewnością łatwiej byłoby zorganizować spotkanie o Superpuchar i zapełnić Śląski, gdyby zagrały w nim drużyny stąd...

Z tej samej kategorii