Dziewczyny ciągle w grze o medal MŚ

Kim Rasmussen
 fot. Norbert Barczyk  /  źródło: Pressfocus

Czy nie zabiły nam mocniej serca, gdy na trzy minuty przed końcowym gwizdkiem gang Rasmussena prawie dogonił „pomarańczowe", mając już tylko trzy bramki straty?

Mówi się, że nadzieja umiera ostatnia, ale podczas wczorajszego meczu Polek z Holenderkami umierała ona dla nas bardzo często, bo trudno o nią było, gdy nasz zespół przegrywał 7, 8, a nawet 9 bramkami... Czy jednak nie zabiły nam mocniej serca, gdy na trzy minuty przed końcowym gwizdkiem gang Rasmussena prawie dogonił „pomarańczowe", mając już tylko trzy bramki straty? Czy oczyma wyobraźni nie widzieliśmy powtórki z fantastycznych spotkań z Węgrami i Rosją? Trwało to jednak zaledwie kilkanaście sekund, bo po szybkiej kontrze rywalki strzeliły kolejną bramkę. Można powiedzieć - tak daleko i tak blisko było...
To był mecz historyczny dla obu drużyn, bo żadna dotąd nie stała na podium mistrzostw świata. Ba, Holandia po raz pierwszy dotarła do półfinału turnieju tej rangi; dla Polski było to powtórzenie wyniku sprzed dwóch lat. Co nie znaczy, że to naszą drużynę uważano za faworyta - wręcz przeciwnie, bo przecież rywalki zmiażdżyły nas w grupie aż 11 bramkami.
Nie brakowało jednak optymizmu w naszej reprezentacji. Dziewczyny twierdziły, że tamten mecz jest dla nich już historią, a ten piątkowy zacznie się przecież od stanu 0:0. Przekonywały też, że w eliminacjach był mecz najlepszej Holandii z najsłabszą Polską. A po kapitalnych meczach z Węgrami i Rosją sytuacja miała się zmienić...
Zmieniła się o tyle, że po fatalnej pierwszej połowie była świetna momentami gra biało-czerwonych w drugiej, która zresztą została przez nie wygrana dwoma bramkami. Straty z pierwszej okazały się jednak zbyt duże, żeby wygrać cały mecz.
Kim Rasmussen, który marzył o medalu we własnym kraju, długo pewnie będzie analizował przyczyny kolejnej porażki z Holandią. Po pierwszej przecież wiadomo było, jakie są atuty tej reprezentacji i zapewne przygotowano na nie środki zaradcze. Niestety, podobnie jak niemal we wszystkich meczach w fazie grupowej, o porażce przesądziła fatalna pierwsza połowa.
Na pewno zawiniła niska skuteczność strzelecka, mizerna w porównaniu z Holenderkami. Zabrakło też szybkości w ataku, a imponowały nią przeciwniczki, oraz twardości i koncentracji w obronie. A przede wszystkim zabrakło szczęścia, które było przy Polkach, gdy sensacyjnie wygrywały z Węgierkami i Rosjankami. Teraz więcej miały go Holenderki i to one po raz pierwszy cieszą się już z medalu, w najgorszym razie srebrnego.
Ale przecież nasze dziewczyny ciągle są w grze i mogą się jeszcze cieszyć z historycznego, pierwszego medalu. Muszą tylko wygrać w niedzielę „mały finał” o brąz.

Z tej samej kategorii