Agenci piłkarzy jak szakale!

Vladimir Milenković
 /  fot. Łukasz Laskowski  /  źródło: Pressfocus

W polskiej piłce nożnej dochodzi do absurdów. Agenci wciskają klubom zawodników za duże pieniądze. Dopiero potem pojawiają się problemy, głównie finansowe.

Wielu piłkarzy zrobiło karierę, czy raczej zarobiło niezłe pieniądze, nie dlatego, że byli wyjątkowo utalentowani, ale dzięki swoim obrotnym i złotoustym agentom. Przynajmniej w Polsce, na co przykładów jest aż nadto. Ostatni to ten z Bytomia, mający odniesienie do wydarzeń sprzed kilku lat, a konkretnie roku 2010.


Menedżer z Serbii, Mirko Poledica, doskonale poznał realia giełdy transferowej nad Wisłą, gdy sam grał jako piłkarz w Legii Warszawa, Lechu Poznań i Pogoni Szczecin. Wykorzystał to w kontaktach z bytomską Polonią wciskając jej Vladimira Karalicia i Vladimira Milenkovicia. Obaj praktycznie niczym się nie zasłużyli się klubowi z Olimpijskiej, a teraz mogą mu wyjątkowo zaszkodzić. Jeżeli bowiem FIFA nie zmieni swojego orzeczenia, to trzeba będzie im wypłacić 370 tysięcy euro plus jakieś kary i odsetki. Z czego pewnie spora część trafi do kieszeni Poledicy.


Jak mogło w ogóle dojść do tak kuriozalnej sytuacji, że ci dwaj piłkarze zostali zakontraktowani przez Polonię. Tym bardziej, że jak wspomina (o czym w dzisiejszym „Sporcie”) Dietmar Brehmer, były drugi trener drużyny z Olimpijskiej, wraz z ówczesnym głównym szkoleniowcem, Jurijem Szatałowem, nie widzieli w zespole miejsca dla Vladimira Karalicia i Vladimira Milenkovicia. Zasadne jest więc pytanie: to kto za tym stoi? Odpowiedź jest prosta, wspomniany na początku pan Poledica. Ten od od początku, o czym mówi Brehmer, twierdził, że jedyną opcją jest zatrudnienie obu jego zawodników w pakiecie. A decyzję trzeba było podjąć w ciągu kilku godzin. Zarząd Polonii zdecydował, że warto zaryzykować. Podobno miała to być inwestycja na przyszłość. Cóż, w biznesie - również w tym piłkarskim - czasami do inwestycji trzeba dopłacić. I tak właśnie stało się w Bytomiu.


Oczywiście, nie tylko Polonia miała szczęście do złych wyborów personalnych. Byli bowiem agenci różnej maści, którzy przywozili do polskich klubów kasety z nagraniami, na których prezentowali się - jak najbardziej znakomicie - ich podopieczni. I niektórym udawało się też podpisać kontrakty, z których czym prędzej się wycofywano. Szkoda miejsca na wymienianie nazwisk z tego piłkarskiego szrotu, który często blokował miejsce w składzie dla polskiej młodzieży. Zastanawiające jest jednak, że ciągle jeszcze tym „obrotnym agentom” udaje się wciskać swój wybrakowany towar. Czyżby nie było instrumentów, żeby skończyć z tym procederem? Czy nie powinny się temu przyjrzeć komisje z PZPN i Ekstraklasy SA?

 

Z tej samej kategorii