Mobilizacja „z liścia”

Wyobraźmy sobie, że jakiś widz pobił... aktora, bo nie podobała mu się jego gra. Czy wobec takiego aktu agresji zapadłoby wstydliwe milczenie i udawanie, że właściwie nic się nie stało? Nie do wyobrażenia - pisze dziennikarz „Sportu”, Andrzej Wasik.

LEGIA WARSZAWA - LECH POZNAN
 fot. Paweł Jaskółka  /  źródło: Pressfocus

No i Wojciech Cygan, były prezes GKS-u Katowice, wykrakał... W obszernej rozmowie z nim sporo miejsca zajmował temat kibiców i ich oczekiwań, nie zawsze idących w parze ze sportowymi wynikami drużyny. A także o sposobach mobilizowania piłkarzy, ale - niestety - nie za pomocą dopingu z trybun, lecz poprzez naruszenie ich nienaruszalności cielesnej. Najświeższym przykładem były zaś wydarzenia w stolicy, kiedy Legia wróciła na Łazienkowską po przegranym meczu z Lechem Poznań. Podobno - bo jednak nie potwierdzono tego w żaden sposób - doszło wtedy do fizycznej przemocy; niektórych zawodników kopnięto, innych zaś potraktowano „z liścia”, czyli zwyczajnie spoliczkowano.

 

W drugiej części wywiadu znalazło się takie stwierdzenie byłego sternika klubu z Bukowej: „Ja się boję jednego: że teraz Legia zacznie grać dobrze, i pójdzie w środowisko przekaz: taka forma mobilizacji jest najlepsza”. No i warszawiacy w niedzielę wygrali z Lechią Gdańsk. I co teraz? Może rzeczywiście Wojciech Cygan ma rację i kibice innych dołujących klubów, a tych jest sporo, pójdą w ślady kolegów z Warszawy i zaczną też stosować mobilizację metodą „z liścia”? Niewykluczone, bo ciągle problem chuligaństwa w polskim futbolu nie został rozwiązany i nie widać żadnych działań, by go skutecznie rozwiązać. Próbował lata temu jeden z byłych premierów naszego państwa, ale szybko zostało to przez polityczną opozycję obrócone przeciwko niemu.

 

Dlaczego problem chuligaństwa tak się nasilił? Dlaczego ofiarami padają piłkarze, którzy powinni być hołubionymi idolami? I dlaczego tak trudno ten problem rozwiązać? Ciekawą odpowiedź na pytanie dał socjolog Krzysztof Łęcki z Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. „Ostre w formie napominania piłkarzy przez kibiców klubowych są efektem zmiany relacji między tymi grupami społecznymi. Kibice występują w roli pracodawcy wobec pracownika. Kiedyś podział w meczu był dość jasny - nasz plac na wasz plac. I w tym układzie problem motywacji zawodników był rozwiązany. Występowało przywiązanie do drużyny, klubu. Teraz jest inaczej. Stąd te okrzyki z trybun… to my, a nie wy. Bo skład zespołu między sezonami może się zmienić diametralnie. A kibice na trybunach pozostaną ci sami” - stwierdził naukowiec w komentarzu dla PAP. Bo jego zdaniem kibice zdali sobie sprawę, że płacąc za bilety mogą wymagać. Dodając oczywiście, że jednak bicie piłkarzy jest po prostu szokujące.

 

Brzmi sensownie, ale jeżeli tak, to wyobraźmy sobie, że jakiś widz pobił... aktora, bo nie podobała mu się jego gra. Czy wobec takiego aktu agresji zapadłoby wstydliwe milczenie i udawanie, że właściwie nic się nie stało? Nie do wyobrażenia. A tak właśnie się dzieje po incydencie - bo taką rangę ma już to wydarzenie - przy Łazienkowskiej. Nie zdziwmy się więc, jak metoda mobilizacji „z liścia” zacznie się powtarzać. Bo w Warszawie się przecież sprawdziła...

Z tej samej kategorii