Różne koleje trenerskich losów

GORNIK ZABRZE - ZAGLEBIE LUBIN
 /  fot. Tomasz Folta  /  źródło: Pressfocus

Raz na wozie, raz pod wozem - tak to już ze szkoleniowcami w ekstraklasie bywa.

Dwie, na pierwszy rzut oka mające mało wspólnego, informacje. Pierwsza: prezes Podbeskidzia właśnie zaproponował Robertowi Podolińskiemu przedłużenie umowy o pracę. I trudno się dziwić, bo też ten młody (bo tak określa się 40-latka w polskiej ekstraklasie) szkoleniowiec ma za sobą bardzo udany okres - trzy mecze i trzy wygrane. Druga: Leszek Ojrzyński właśnie przestał być trenerem Górnika Zabrze. I też trudno się dziwić - trzy mecze i trzy przegrane, na dodatek bez ani jednego strzelonego gola. Co więc te informacje łączy? Czy to, że Podoliński zastąpił Ojrzyńskiego w Podbeskidziu, jak widać z dobrym skutkiem? Nie, dla mnie tych dwóch panów łączy fakt, że pełniąc wybrany przez siebie zawód muszą być świadomi niepewności jutra i gotowi na różne koleje losu.
Czy jednak są tego świadomi? Trener Ojrzyński chyba nie za bardzo. Dwa sezony wstecz był bowiem bardzo zdziwiony i rozczarowany, gdy zwalniano go z Korony Kielce. Nie inaczej było, gdy tracił pracę w Bielsku-Białej. Nie szczędził wtedy słów krytyki pod adresem zarządu i organu właścicielskiego Podbeskidzia. Teraz też jest niemile zaskoczony, że podziękowano mu w Górniku, bo przecież jego zdaniem sytuacja wcale nie jest fatalna, a może być jeszcze całkiem dobra. Wspomniał nawet „czarną serię” Adama Nawałki, któremu kiedyś w Zabrzu też nie szło, a potem miał z górki. I dodał, że został selekcjonerem reprezentacji narodowej. Z tego wynika, że i Ojrzyński nie wyklucza, iż kiedyś do reprezentacji dojdzie. Na razie przemawia przez niego żal, że znów nie dano mu dokończyć pracy.
Pewnie nie on jeden, bo przecież Leszek Ojrzyński jest już którymś z kolei, który w tym sezonie stracił pracę. W klubach polskiej ekstraklasy dokonano już bowiem trzynaście zmian i pewnie w tym sezonie na tylu się nie skończy. Bo to ciągle najszybsza, czasami nawet skuteczna, aczkolwiek kosztowna, recepta na kryzys. Taki po prostu los polskiego trenera, że pierwszy, choć nie zawsze zasłużenie „daje głowę” za porażki.
Wracając do wspomnianych dwóch informacji na wstępie. Dziś Robert Podoliński zbiera pochwały, a Leszek Ojrzyński złe recenzje, co wcale jednak nie oznacza, że za kilka miesięcy sytuacja się nie odwróci. Bo ten drugi szybko może znaleźć pracę, w której odniesie sukcesy, a pierwszego - czego wcale oczywiście mu nie życzymy - po serii porażek po prostu się zwolni. I to ich łączy, bo różne są koleje losu trenera - raz na wozie, raz pod wozem.

 

Z tej samej kategorii