Pięć prostych pytań. Bez odpowiedzi?

Nie chcę w szczególny sposób bronić Rumaka... Patrząc z dystansu, wydawał się zawsze trochę zarozumiały, wszystkowiedzący, słowem - z dużym ego.

Mariusz Rumak
 fot. Sebastian Borowski  /  źródło: newspix.pl

Zwolnienie Mariusza Rumaka ze Śląska Wrocław niespodzianką nie jest. Dymisja wisiała w powietrzu od dłuższego już czasu, choć wydawało się, że po w miarę udanej wiośnie - Rumak przejął drużynę w marcu 2016 roku - kredyt zaufania będzie miał większy. Być może, jak mówi się w piłkarskim slangu, drużyna potrzebuje nowego impulsu czy nowej miotły. Powodzenia!

 

Nie chcę w szczególny sposób bronić Rumaka, bo też nigdy nie był bohaterem mojej bajki. Patrząc z dystansu, wydawał się zawsze trochę zarozumiały, wszystkowiedzący, słowem - z dużym ego. Dotyczy to zwłaszcza okresu jego pracy w Lechu Poznań, kiedy to dwa razy zdobył wicemistrzostwo Polski, ale „rozsypywał” się w starciach w eliminacjach Ligi Europy i to z drużynami, których nie sposób zaliczyć chociażby do średniaków. Już raczej do trzeciej ligi Starego Kontynentu.


Potem miał jeszcze dość długi epizod w Zawiszy, z którym spadł do I ligi, a zostawił go po piątej kolejce, we wrześniu 2015 roku. Wzbudziło to lekkie zdziwienie, choć można przyjąć, że Zawisza to nie było szczególnie dobre miejsce do pracy, chociażby ze względu na wyniszczający konflikt między właścicielem, Radosławem Osuchem, a grupą mieniącą się „prawdziwymi” kibicami Zawiszy. Co zresztą skończyło się fatalnie dla klubu, bo stoczył się na kompletne peryferia polskiej piłki - do klasy B.


Na kolejną robotę czekał do marca, właśnie we Wrocławiu. Licząc przerwę letnią, długą przecież, uzbierało się tego raptem 9 miesięcy... i więcej nie będzie. Trudno było nie zauważyć, że Rumak - w zestawieniu z okresem pracy w Lechu - jakby spokorniał. Może wpływ na to miały kolejne doświadczenia, upływ czasu (w przyszłym roku stuknie mu „czterdziestka”) i wyniki; zwłaszcza te ostatnie - w pięciu wieńczących jesień spotkaniach drużyna Śląska doznała czterech porażek i tylko raz zremisowała.


A w takich okolicznościach trener niewiele ma na swoją obronę. Sprawiedliwie byłoby jednak zadać kilka pytań pomocniczych. Pierwsze: jaką właściwie wartość stanowi drużyna Śląska i na co ją stać? Drugie: kto był (jest?) odpowiedzialny za dokonane transfery i czym były one umotywowane? Trzecie: jak ocenić stan organizacyjny klubu i czy przypadkiem nie jest pod tym względem gorzej niż lepiej? Czwarte: w jaki sposób oddziaływają na komfort pracy częste zmiany personalne na szczytach klubowej władzy? Piąte: jaki wpływ na zawodników mają informacje o chęci pozbycia się przez miasto klubu; ergo - na ich poczucie stabilizacji?


Pytań mogłoby być oczywiście więcej, ale przecież te już postawione pozostawiają bardzo szerokie pole do odpowiedzi (których w najbliższym czasie zapewne się nie doczekamy). Zostaje też przestrzeń do refleksji nad komfortem, a raczej dyskomfortem, pracy trenera. Jeśli nie tworzy się dobrych ku niej warunków, trzeba czekać na cud. Mariusz Rumak nie jest raczej od cudów specjalistą. Tych w ogóle w Polsce ubyło, nie tylko w piłce nożnej.

Z tej samej kategorii