Zadyszka polskiej szkoły

Wojciech Kowalczyk – jak to ma w zwyczaju – postanowił trochę pomarudzić. Uczynił to wczoraj na naszych łamach, stawiając tezę, że po mundialu będzie z naszą piłkarską reprezentacją wielka bieda.

Trening przed meczem Polska - Czarnogora
 fot. Rafal Oleksiewicz  /  źródło: Pressfocus

Konkretnie z powodu starzenia się tej naszej drużyny, która była stara już na Euro 2016, a będzie jeszcze starsza w Rosji. I że godnych następców nam zabraknie, co pokazały mistrzostwa Europy do lat 21, które przed kilkoma miesiącami odbyły się na polskich stadionach. Z marnym dla nas efektem i oczywiście z kacem, wywołanym strachem o przyszłość.
Ale czy to istotnie marudzenie, czy po prostu chłodna analiza potencjału polskiego piłkarstwa w wydaniu reprezentacyjnym na bliższe i dalsze lata? Jednoznacznej odpowiedzi nie będzie, ponieważ niejako z góry obarczona byłaby zarzutem wróżenia z fusów. Przecież, patrząc na dzisiejszą reprezentację, z niejakim trudem doszukamy się w niej zawodników, którzy nawojowali się w juniorskich i młodzieżowych kadrach, a jednak - w przeciwieństwie do swoich równolatków – to oni zrobili prawdziwe kariery. I idąc tym tropem, możemy z wielką (nadmierną?) dozą optymizmu założyć, że to nie grono dzisiejszych juniorów i młodzieżowców będzie stanowić o jakości naszej narodowej drużyny, lecz ci, o których dzisiaj się mówi mało lub w ogóle. Jak kiedyś nie mówiło się o zawodniku z Pruszkowa – Robercie Lewandowskim, Kamilu Gliku z głębokich rezerw Realu Madryt, Grzegorzu Krychowiaku szlifującym francuskie bruki... Itd. Z drugiej strony, trudno sobie wyobrazić, że o jej – oby – godnej szacunku sile nie będą przynajmniej w części stanowić piłkarze na przykład Górnika Zabrze.
Tyle tytułem... pocieszania się - w delikatnej kontrze do słów Wojciecha Kowalczyka.
Obok piszemy m.in. o tym, kto może być trzecim bramkarzem w kadrze Adama Nawałki na mundial w Rosji, a zarazem kandydatem do obsady tej pozycji w przyszłości. Choć akurat to nie musi nam specjalnie zaprzątać głowy, zważywszy że na tej pozycji można dociągnąć i do „czterdziestki”. Rywalizację na niej możemy zatem obliczać na lata.
Jest jednak druga strona medalu – taka mianowicie, że trudno nie zauważyć, iż rodzime kluby ekstraklasy coraz chętniej sięgają po bramkarzy zagranicznych. Zerknijcie do poszczególnych kadr, przeanalizujcie składy każdego z zespołów w jesiennych meczach.
Trudno wniknąć w przyczyny tego stanu rzeczy i odpowiedzieć na proste z pozoru pytania: Czy trenerzy bramkarzy pracują gorzej albo jest ich (trenerów) za mało? Czy talentów mamy mniej? Czy ci bardziej utalentowani są w komplecie anektowani przez zachodnie kluby, a na miejscu pozostaje, pardon, gorszy sort? Czy wreszcie nie jest tak, że „polska szkoła bramkarzy”, którą długo chwaliliśmy się jako naszą specjalnością, złapała zadyszkę?
Nieodparcie pozostaje wrażenie, że bariery, jakie zdają się przeszkadzać w szkoleniu graczy z pola, usadowiły się także w szkoleniu bramkarzy. A jeśli nie, to jak wytłumaczyć ten nasilający się cudzoziemski zaciąg?

 

Komentarze

Napisz komentarz
No photo
No photo~curesUżytkownik anonimowy
~cures :
No photo~curesUżytkownik anonimowy
Akurat na tej pozycji wciąż jest w kim wybierać. Zwrócę uwagę na jedno nazwisko: Mateusz Lis z Rakowa. Moim zdaniem ma to "coś", czyli intuicję i czucie piłki, co dla bramkarza jest nieodzowne. 192 cm wzrostu, ale nie jest to "kłoda" tylko zawodnik elastyczny i szybki. Wielki talent, oby się rozwinął.
3 lut 14:50
Liczba głosów:0
0%
0%
Link do tego komentarza:
Z tej samej kategorii