Co nam pokazali skoczkowie?

Wszystko, co działo się i dzieje wokół skoków narciarskich w Polsce, może uchodzić za fantastyczne. I nad podziw dobre, historyczne wręcz osiągnięcia, i niepowtarzalny szał na trybunach rodzimych skoczni, na które tak trudno się dostać (a najłatwiej przy pomocy „koników”), i zainteresowanie mediów nieporównywalne z żadnym innym krajem, Niemiec nie wyłączając...

Puchar Swiata w skokach narciarskich w Zakopanem
 fot. Rafal Oleksiewicz  /  źródło: Pressfocus

Wszystko, co działo się i dzieje wokół skoków narciarskich w Polsce, może uchodzić za fantastyczne. I nad podziw dobre, historyczne wręcz osiągnięcia, i niepowtarzalny szał na trybunach rodzimych skoczni, na które tak trudno się dostać (a najłatwiej przy pomocy „koników”), i zainteresowanie mediów nieporównywalne z żadnym innym krajem, Niemiec nie wyłączając... Donoszą, że zaczynają się zbiórki na postument, na którym mieliby stanąć pospołu Kamil Stoch i Stefan Horngacher, a trudno wykluczyć, że akcja ta się rozwinie i że w polu zainteresowanie ofiarodawców znajdą się także Dawid Kubacki, Stefan Hula, Piotr Żyła, Maciej Kot...

 

Gdyby jeszcze wczoraj w Zakopanem pan Kamil zrobił coś, co pozwoliłoby mu się włączyć do rywalizacji o czołową lokatę, gdyby Stefan Hula miał dość nerwów (choć może i szczęścia do warunków atmosferycznych) i utrzymał pierwszą lokatę lub chociażby miejsce na podium, to stan euforii byłby się tylko pogłębił. Może dobrze, że się nie pogłębił? Może trzeba nam trochę ostrożności, wstrzemięźliwości i banalnego... poskrobania się w głowę, z czego mogłaby popłynąć nauka, że rywale są w stanie sięgnąć tego pułapu, na którym my się znaleźliśmy, że nas bez wątpienia podglądają, wnioski wyciągają, a przede wszystkim co najmniej równie ciężko pracują, bo też chcą sięgnąć nieba.

 

Te akurat uwagi mają oczywiście w tle Igrzyska Olimpijskie w Pjongczangu. Liczymy już do nich właściwie godziny i liczymy... medalowe szanse. Mamy ich oczywiście mniej niż mieliśmy w perspektywie igrzysk w Soczi przed czterema laty – to zresztą nie moje spostrzeżenie, a Apoloniusza Tajnera, prezesa Polskiego Związku Narciarskiego – ale tym bardziej wiążemy je ze skoczkami. I właściwie tylko ze skoczkami, bo wiara w to, że łyżwiarze szybcy powtórzą swoje osiągnięcia z Soczi i że zabójczą walkę na trasach znów - jak wtedy - będzie w stanie toczyć Justyna Kowalczyk jest niewielka, niestety.

 

No więc pozostają nam skoczkowie, na których spłyną w związku z igrzyskami te wszystkie oczekiwania i ta ogromna presja; presja, pod jaką nie byli chyba nigdy w przeszłości – oczywiście z wyłączeniem Adama Małysza. On zresztą z tą presją pozostawał sam, i tym większy dla niego podziw.

 

Wczoraj w Zakopanem przypomnieli sobie i nam, że są tylko ludźmi, z wszelkimi prawami do tzw. słabszego dnia, obojętnie jakimi względami wywołanego. Przypomnieli zarazem, że nie są robotami pracującymi jak ich... trener nakręcił. Może i sobie, i nam zafundowali przy okazji – najpewniej bez premedytacji - coś na kształt lekcji pokory, o której trzeba będzie pamiętać przed, w trakcie i po zmaganiach w Pjongczangu.

 

A tak poza tym... Przypomnijmy raz jeszcze, że zwycięzcom indywidualnym konkursu w Zakopanem nigdy nadzwyczaj dobrze się nie wiodło na igrzyskach. I tego się trzymajmy...

Z tej samej kategorii