Estetyka rac

Nie przyglądam się statystykom zadymiania polskich stadionów ligowych. Dlatego nie napiszę z całą pewnością, że co kolejka jeden czy więcej meczów ekstraklasowych (I-, II-ligowych) jest przerywanych w związku z odpaleniem rac. Może zdarza się to co drugą kolejkę, może co trzecią.

Legia Warszawa - Gornik Zabrze
 fot. Rafał Oleksiewicz  /  źródło: Pressfocus

W minioną niedzielę doświadczyliśmy tego na stadionie Legii Warszawa w trakcie meczu z Górnikiem Zabrze. Zdarzyło się to dwukrotnie. Sędzia dwukrotnie zatem odesłał zawodników obu drużyn pod trybuny, by nie wdychali dymu. I czekali aż się rozwieje.

 

Wiadomo, jakie są konsekwencje - klub pełniący rolę gospodarza zapłaci karę i sprawa się rozmyje; oczywiście do następnego razu, do następnej kary. Kibice się więc bawią, klub reguluje stosowną należność dyscyplinarną, najczęściej zresztą nie narzekając (przynajmniej publicznie), bo komu potrzebne jest wojowanie z kibicami? Nie przyjdą na kolejny mecz albo nie kupią biletów i zaniechają dopingu, no i na stadionie będzie smutno. Kluby składają zapewnienie, że podejmą kolejny akt heroicznej walki o porządek na trybunach, acz z góry wiadomo, że to pustosłowie. I tak do następnego racowiska, które nadchodzi raczej wcześniej niż później, bo przecież wszelkiego rodzaju młyny kochają „oprawy”.

 

Być może jest to rzeczywiście problem nie do rozwiązania. No! Nie da się i już! Ale uporczywie przy tej okazji pojawia się pytanie: czy jest rzeczywista wola poradzenia sobie z tym problemem, czy jej nie ma? Bo gdyby była, a mówiąc otwartym tekstem - gdyby karano kluby walkowerami za przerywanie (w jakikolwiek sposób) meczów przez kibiców, to czy ci w dalszym ciągu uprawialiby tę swoją działalność bez względu na konsekwencje, w imię wyłącznej tęsknoty za estetyką rac?

 

Takiej woli chyba jednak nie ma. Prawdopodobnie w imię świętego spokoju i prawdopodobnie w imię domniemanego łagodzenia obyczajów, które niewątpliwie uległyby zaostrzeniu - na stadionie i poza nim - gdyby sędzia odgwizdał walkowera.

 

W niedzielę sędzia Jarosław Przybył zapewne miał wszelkie podstawy, by tak zrobić. Ale, znając życie, był pod niewidzialnym (acz zapewne mocno wyczuwalnym) naciskiem; nie tych, co zadymili stadion Legii, lecz działaczy, obserwatorów i wszystkich świętych, którzy nie daliby mu żyć, gdyby zastosował tak dotkliwą karę; i jeszcze tych, którym te świetlne widowiska się podobają.

 

Nie ukarał, spodziewajmy się zatem kolejnych racowisk, gdziekolwiek. Taka nasza gmina, z odpustową mentalnością. Tak bardzo ona lubi jak się świeci i błyska.

 

Z tej samej kategorii