Co dobrze robi na głowę?

Adam Danch
 fot. Tomasz Zasiński  /  źródło: 058sport.pl

Adam Marciniak, Pavels Steinbors, Antoni Łukasiewicz i oczywiście Adam Danch. Tak wygląda dzisiaj zabrzańska „kolonia” w Gdyni. Oczywiście, można byłoby uwzględnić jeszcze Leszka Ojrzyńskiego, ale - jak to w przypadku trenera - był to relatywnie krótki epizod. Wszyscy wymienieni w pewnym momencie otrzymali status niechcianych przy Roosevelta, za to w Arce uchodzą za niezastąpionych.

Przyznacie, że dziwnie się to plecie. Górnik - po totalnej rewolucji kadrowej - jest dzisiaj postrachem wszystkich ekstraklasowych rywali, ale i Arka, zmontowana w dużej części z zawodników gdzie indziej niechcianych, w minionych kilku miesiącach zdobyła dwa trofea, nie dała też ciała w Lidze Europy, a można wręcz rzec, że odpadła z tych rozgrywek w pechowych okolicznościach. No i w tabeli ekstraklasy jest relatywnie wysoko, bo na 6. miejscu, tuż za... Górnikiem (niewykluczone, że wczorajsze wieczorne mecze coś w układzie tabeli zmieniły).
Można byłoby wyciągnąć z tego wniosek, że nic tak dobrze nie robi (na głowy zwłaszcza), jak wpuszczanie do zespołu świeżej krwi i zmiana klimatu. Nowe wyzwania, nowi koledzy, nowe otoczenie, nowi kibice, a w sumie ucieczka od dotychczasowej codzienności i rutyny - to elementy na pewno napędzające do pracy. Podobnie jak świadomość, że jest trener, który bardzo cię chce. Tak było w przypadku „banity” Dancha, odsuniętego - ku szokowi wielu ludzi, którzy mówili o nim, że jest ikoną Górnika - od zespołu jeszcze w pierwszej lidze i zdeterminowanego Leszka Ojrzyńskiego, by go pozyskać do klubu z Trójmiasta.
Uciekając się do banału - taki mamy dzisiaj świat, również piłkarski. że wędrówki zawodników są weń wpisane. I już tylko w kategoriach sentymentalnych można odwoływać się do niegdysiejszego (potężnego jak najbardziej) Górnika, złożonego wyłącznie ze Ślązaków, przy czym jednym z pierwszych wielkich transferów spoza regionu było pozyskanie Andrzeja Szarmacha, oczywiście z... Arki.
Tymczasem dzisiaj mówimy o podróżach - również sentymentalnych - ekszawodników, którzy mniej lub więcej sezonów spędzili w Zabrzu. Ale... Marciniak jest z urodzenia łodzianinem, Łukasiewicz warszawiakiem, Steinbors Łotyszem (na świat przyszedł w Rydze). Czyli są oni zabrzanami „przyłatanymi”, acz - jak podkreślają - wracają w dobrze sobie znane kąty z przyjemnością. I tylko Danch jest wyjątkiem - to synek z Rudy Śląskiej.
Akurat teraz, w niedzielę konkretnie, nadarza się okazja do spotkania. I powinno być bardzo ciekawie. Po pierwsze - z przyczyn sportowych, bo obie drużyny grają ciekawą piłkę. Po drugie - z przyczyn psychologicznych, bo ten i ów z ekszabrzan w zespole Arki będzie chciał zapewne pokazać, że rezygnując z jego usług dla Górnika, zwyczajnie się pomylono. Po trzecie wreszcie - z przyczyn... obyczajowych, bo przecież zagadką jest, jak ich powita miejscowa publiczność. To akurat powinno być frapujące zwłaszcza dla Adama Dancha, kogoś, kto całe dotychczasowe życie piłkarskie poświęcił klubowi z Roosevelta.

 

Z tej samej kategorii