Chuchajmy na zimne, tak na wszelki wypadek

Wczorajszy wieczór był dla nas bardzo radosny, tyle że nie dał jeszcze okazji do świętowania wyjazdu na finały MŚ w Rosji. Musimy poczekać, choć - mówiąc szczerze - już nie mieści się w wyobraźni, by stosowne uroczystości nie odbyły się w najbliższą niedzielę.

Armenia - Polska
 fot. Pawel Andrachiewicz  /  źródło: Pressfocus

To już naprawdę tylko kroczek, który musi być zrobiony - w konfrontacji ze zdruzgotanym rywalem. Chuchajmy wszakże na zimne.

 

Wygrana nad Armenią jest imponująca. A nie graliśmy ze zdemotywowanym rywalem, nie ten adres, nie ta strefa geograficzna, nie ci ludzie. Gdyby mieli oni w nosie ten mecz, zapewne na przykład nie zobaczylibyśmy na boisku Mchitarjana, który mógłby się wyłgać pierwszym lepszym urazem albo innymi „wyższymi koniecznościami”, jakkolwiek bowiem spojrzeć, dla Armenii była to już tylko potyczka szkoleniowa. A jednak piłkarz Manchesteru United przyjechał; może teraz żałuje...

 

Nasze szczęście zaczęło się od szybko strzelonej przez Grosickiego bramki, potwierdzającej starą zasadę, że dzięki temu można ustawić grę na swoją modłę. Gdyby ten moment zaczął się odwlekać w czasie, bez wątpienia byłoby coraz trudniej, coraz bardziej nerwowo, z epilogiem trudnym do przewidzenia. Dość wspomnieć spotkanie z Armenią w Warszawie (szczęśliwe 2:1) i jej mecz z Czarnogórą w Erywaniu. Najpierw było 0:2, a potem 3:2.

 

Czy zatem ktoś w Polsce - mając w pamięci te zdarzenia - nie poczuł się wczoraj nieswojo, kiedy gospodarze zdobyli bramkę na 1:3 i kiedy siłą zastrzyku energii i entuzjazmu zaczęli nas naciskać? Czyż nie było kilku niepokojących wydarzeń również na początku drugiej połowy? W każdym razie do momentu, w którym Błaszczykowski zdobył gola na 4:1? Potem rzeczywiście był już tylko luz, choć trudno wykluczyć, że na przykład Szczęsny ma na ten temat inne zdanie.

 

Zwycięstwo to musimy rozpatrywać głównie w kontekście niezmiernie ważnych punktów, ale można i podnieść wątek nabrania (odzyskania?) przez nasz zespół – i poszczególnych zawodników – psychicznej mocy. Pewny Pazdan, bezbłędny Piszczek, swobodny Krychowiak, kreatywni Błaszczykowski i Zieliński, momentami artystyczny Grosicki, niestremowany Bereszyński. Itd. Pomijam osobę Lewandowskiego, jego trzy kolejne bramki, pobicie rekordu strzeleckiego w kadrze Włodzimierza Lubańskiego... „Lewy” bowiem to po prostu inna bajka.

 

Te wszystkie cechy będą nam bardzo potrzebne już w niedzielę. I nic to, że szanse Czarnogóry na wyjazd do Rosji są już tylko iluzoryczne. A potem? Potem chodzi o to, by tę moc zwiększać, zarówno do czasu finałów MŚ, jak i po nich; chociażby po to, żeby czekająca nas wówczas stopniowa wymiana pokoleniowa w reprezentacji przebiegała bezboleśnie.

Z tej samej kategorii