Wystarczy tego strachu

Kazachstan nie jest mistrzem grania na wyjeździe - w dotychczasowych meczach eliminacji MŚ, nie licząc tego wczorajszego, stracił jedenaście bramek, a strzelił jedną.

Polska - Kazachstan
 fot. Rafal Rusek  /  źródło: Pressfocus

Ale też Kazachstan nie jest mistrzem czegokolwiek, jeśli uwzględnić, że jedyne punkty, jakie zdobył, to te z Polską i Rumunią; różnica była taka, że nam w Astanie strzelił dwie bramki, a Rumunii żadnej. Słowem, Kazachstan nie jest mistrzem czegokolwiek.
Gdyby kierować się tym, że to my jesteśmy liderem grupy E, a Kazachstan jej outsiderem, który na dodatek ledwie kilka dni wcześniej zebrał na własnym boisku dotkliwe lanie z Czarnogórą, wczoraj w Warszawie powinniśmy byli obserwować grę spokojnie i... liczyć zdobyte gole. A tak niestety nie było, choć goście nie robili zbyt wiele, by nam szczególnie utrudnić zadanie.
Można przyjąć, że Kazachowie z jakichś względów nam nie leżą. Jakich konkretnie względów? Trudno to sprecyzować, lecz gdyby uciec się do najbardziej banalnej odpowiedzi, trzeba byłoby napisać, że po prostu z formą naszych piłkarzy jest wyraźnie „nie tak”. Jak bardzo „nie tak”, przekonaliśmy się boleśnie w miniony piątek, patrząc na mecz w Kopenhadze. Wczoraj też długo denerwowaliśmy się licznymi niecelnymi podaniami do partnerów, nieprecyzyjnymi, niechlujnymi wręcz dośrodkowaniami, strzałami - 2,3,5 metrów od bramki - i po raz kolejny niepewnymi zagraniami w obronie...
No to dziwić się strachowi przed powtórką tego, co zdarzyło się na początku eliminacji w Astanie, gdzie wygrywaliśmy 2:0, a zakończyło się na remisie? Strachowi bardzo silnemu, uzasadnionemu minimalnym (1:0) prowadzeniem przez większość czasu gry? Jedna kontra, jeden stały fragment gry, jakikolwiek przypadkowy strzał i nasze nerwy mogły urosnąć do „entej” potęgi. A Kazachowie? Cóż oni mieli do stracenia?
Wściekł nas dodatkowo sędzia, nie uznając bramki Lewandowskiego, uspokoił Kamil Glik, ale w sumie dobrze, że ten wrześniowy epizod eliminacji mamy za sobą. Nie był to dobry czas i można sobie wyobrazić, co by to było, gdyby na przykład za kilka dni przyszło się nam zmierzyć z Czarnogórą, a chociażby i z Armenią. A tak - mamy przynajmniej nadzieję, że do października ci nasi kadrowicze dojdą do siebie i nie zniszczą nam nerwów do końca. Sobie oczywiście też...

 

Z tej samej kategorii