Przypadek Roberta Kubicy - nigdy się nie poddawaj

Robert Kubica
 fot. Cezary Gutowski  /  źródło: Przeglad Sportowy

Mamy do czynienia z przypadkiem, który zasługiwałby na coś w rodzaju analizy psychologicznej. Co mogłoby ją wypełniać? Miłość do sportu i wpisanej weń rywalizacji; potrzeba „wznoszenia” poziomu adrenaliny we własnym organizmie na niebotyczny poziom; wyznaczanie sobie granic tego, co możliwe, a co niemożliwe.

Informacja wobec której nie sposób przejść obojętnie: Robert Kubica weźmie udział w testach najnowszego bolidu RS17 na węgierskim torze Hungaroring. Tak ostatecznie jeszcze nie wiadomo, co ta informacja właściwie oznacza, nawet mimo oświadczenia szefa Renault, Cyrila Abiteboula, że testy te mogą przybliżyć do odpowiedzi na pytanie „w jakich warunkach mógłby wrócić do F1”. Jako pełnoprawny zawodnik francuskiego zespołu? Jako mentor lub doradca?
W niczym nie zmienia to faktu, że mamy do czynienia ze zjawiskiem, które można byłoby nazwać fenomenem. Oto po sześciu latach od fatalnego wypadku na rajdzie we włoskiej Ligurii, po wielu próbach z innymi odmianami sportu motorowego, Robert Kubica wraca tam, gdzie jego miejsce, o którym marzył od dzieciństwa.

 

Wielu zawodników uprawiających tę dyscyplinę sportu miało wypadki i albo w w miarę szybko wracało na tory, albo wycofywało się na dobre, albo też – niestety – żegnało się z tym światem. Ale żeby wrócić w taki sposób, po tylu latach, jak to staje się realne w przypadku naszego kierowcy? Chyba nie było takiego precedensu. Dlatego, że sześć lat jest w sporcie epoką, a w sporcie motorowym – chociażby z przyczyn technologicznych – epoką... do kwadratu. I jeszcze dlatego, że ani on sam, ani nikt nie inny nie ukrywa, że jego prawa ręka nie jest – nie może być – w pełni sprawna. Mimo to Kubica zdaje się sprawiać wrażenie, że nic mu nie uciekło. Choć oczywiście te lata są bezpowrotnie stracone. W chwili nieszczęsnego zdarzenia w rajdzie miał 26 lat, dzisiaj ma ich 32.

 

Mamy zatem do czynienia z przypadkiem, który zasługiwałby na coś w rodzaju analizy psychologicznej. Co mogłoby ją wypełniać? Miłość do sportu i wpisanej weń rywalizacji; potrzeba „wznoszenia” poziomu adrenaliny we własnym organizmie na niebotyczny poziom; wyznaczanie sobie granic tego, co możliwe, a co niemożliwe; nieustające dążenie do tego, by w żadnym momencie i w żadnych okolicznościach się nie poddawać.

 

Może zbyt odległa to paralela, ale walka Kubicy, by wrócić do F1, przypomina walkę wszystkich dotkniętych, skrzywdzonych, wręcz poturbowanych przez los - o zwyczajne, acz niekoniecznie powszechnie zauważalne miejsce w społeczeństwie; tych ludzi na wózkach inwalidzkich, naznaczonych przez rozmaite, w tym straszliwe choroby, acz stających się mimo wszystko realizować swoje pasje i talenty, w tym oczywiście sportowe, ale i muzyczne, malarskie itp. Ta walka jest równie trudna, co piękna, i powinna budzić podziw. I pozbawioną litości najzwyklejszą sympatię i akceptację.

 

Nikt nie wie, czy będzie powtórny mariaż Kubicy z F1 i jaki ewentualnie kształt przybierze. Być może będzie o tym wiadomo już w przyszłym tygodniu. W samej jednak walce kierowcy jest coś nadzwyczaj optymistycznego. Bo jest ona dowodem na to, by nigdy, w żadnych okolicznościach, nie unosić rąk do góry w geście poddania się.

Komentarze

Napisz komentarz
No photo
No photo~Ja Użytkownik anonimowy
~Ja :
No photo~Ja Użytkownik anonimowy
Gratulacje dla autora artykułu, napisanego tak, że nie tylko fakty zawarte w nim ale i cala reszta dopełniły się w znakomity sposób. Czytało się go z wielką przyjemnością!!!
26 lip 06:54
Liczba głosów:0
0%
0%
Link do tego komentarza:
Z tej samej kategorii