Autostrada do Rosji? Tylko ostrożnie!

Kamil Glik
 fot. Rafał Rusek  /  źródło: Pressfocus

Rzut oka na tabelę grupy E eliminacji mistrzostw świata rodzi przyjemne skojarzenia. Te nasze trzynaście punktów, te po siedem Czarnogóry i Dani, po sześć Rumunii i Armenii... I jeszcze konstatacja, że nikt w eliminacjach nie ma takiej przewagi, jak reprezentacja Polski.

Czyli co? Jeszcze ostatnia prosta i jesteśmy w finałach, które w przyszłym roku odbędą się w Rosji? No to popatrzmy w tabelę jeszcze raz: istotnie, punktowo wygląda to nieźle, tylko że w rubryce rozegrane mecze każdy z zespołów ma przyporządkowaną cyferkę pięć. Co oznacza, że drugie tyle meczów jest do rozegrania, drugie tyle punktów do zyskania, i drugie tyle do... stracenia. Są też jeszcze inne punkty, tym razem odniesienia. Takie, że Czarnogóra w minioną niedzielę mocno nam robiła pod górkę; że mecz z Armenią – u siebie – wygraliśmy rzutem na taśmę; że mecz z Kazachstanem – na wyjeździe – skończył się nerwówką i stratą dwóch punktów (remis 2:2); że z Danią prowadziliśmy 3:0, wygraliśmy ostatecznie 3:2, lecz wcale tak skończyć się nie musiało. I w zasadzie tylko spotkanie z Rumunią w Bukareszcie (3:0) było prawdziwym pokazem siły.

Tych punktów mamy tyle niejako mimo wszystko. Mimo czasem niefrasobliwości, mimo czasem nieodpowiedzialności w obronie, mimo braku skuteczności w ataku. Bo – znów mimo wszystko - mieliśmy szczęście...

Nie o to chodzi bynajmniej, by dwa dni po ciężkim, ale przecież wygranym, meczu w Podgoricy dawać wyraz malkontenctwu lub wręcz siać defetyzm. Nie! Chodzi o zwykłą ostrożność w ferowaniu wyroków, że – jak to modnie się dzisiaj mówi – jesteśmy już na autostradzie do Rosji; już lepiej użyć sformułowania, że zapaliło się zielone światło na drodze dojazdowej do autostrady. I że zanim tę drogę pokonamy i znajdziemy się na tej autostradzie, jeszcze kilka trudnych zakrętów trzeba będzie pokonać.

Walorem tych dotychczasowych doświadczeń powinno być to, że z zasady powstrzymają one naszych reprezentantów, a tym bardziej cały sztab szkoleniowy, od „zawrotu głowy od sukcesów” (jak zwykł mawiać odchodzący w zapomnienie klasyk pewnej także słusznie zapominanej ideologii). Pamięć o przypadkach kazachskich, armeńskich, duńskich i czarnogórskich musi być żywa przed każdym kolejnym spotkaniem, a nade wszystko w ich trakcie. Moment gapiostwa, niedbalstwa czy niefrasobliwości może mieć rozmaite skutki. A nie trzeba być szczególnie biegłym w arytmetyce, by wiedzieć, że nawet jednorazowa strata punktów będzie w stanie spowodować, iż droga - czy nawet już autostrada – znacząco i niebezpiecznie się wydłuży. To oczywiście takie chuchanie na zimne. Bo przecież zawsze można się podeprzeć stwierdzeniem, że klasową drużynę poznaje się po tym, że jest zdolna do wygrywania nawet wtedy, kiedy ma mocno pod górkę, co też ta nasza czyniła. Ale wychodząc z założenia, że są limity szczęścia (i pecha), lepiej rozstrzygać kolejne mecze bez zdawania się na nie.

Z tej samej kategorii