Na zjeździe PZPN nudno nie będzie. Czy ktoś rzuci kamieniem?

Zaplanowany na 28 października sprawozdawczo-wyborczy zjazd PZPN mógł być (jest?) traktowany jako triumfalny marsz Zbigniewa Bońka po prezesurę w drugiej kadencji, podobno ostatnią. Ale pojawił się rywal - Józef Wojciechowski. W Łodzi też toczy się proces sądowy.

Zbigniew Boniek
 fot. Łukasz Laskowski  /  źródło: Pressfocus

Zaplanowany na 28 października sprawozdawczo-wyborczy zjazd PZPN mógł być (jest?) traktowany jako triumfalny marsz Zbigniewa Bońka po prezesurę w drugiej kadencji, podobno ostatniej. Ta pierwsza była znaczona - jak na każdym kroku się podkreśla - uporządkowaniem spraw w związku, radykalną zmianą jego wizerunku, a nade wszystko efektownym awansem reprezentacji do finałów Euro 2016 i dobrą postawą w ich trakcie. Sny o potędze nareszcie zaczęły przybierać bardziej realne kształty...


No to i długo nie pojawiał się na horyzoncie żaden rywal, zdolny do tego, by rzucić Bońkowi rękawicę. Mówiło się o Cezarym Kucharskim i Zdzisławie Kręcinie, ale ten pierwszy szybko zdementował te wieści, a ten drugi odpadł w procesie zbierania rekomendacji. Wtem wszystkim psikusa zrobił Józef Wojciechowski, znany z tego, że jest bardzo bogaty i że... przyłożył rękę do losów Polonii Warszawa, plączącej się dzisiaj na trzecim szczeblu rozgrywek. Ciekawostką nadzwyczajną jest zaś to, że będzie mógł kandydować m.in. dzięki rekomendacji większości liczących się klubów regionu śląskiego. Nie wiadomo, co Wojciechowski im obiecał i jak ewentualnie w przyszłości w przypadku wyborczego zwycięstwa nad Bońkiem je dopieści (rewanż przecież być musi), ale sam fakt niemal solidarnego dlań poparcia zasługuje na bliższe przyjrzenie się temu. Może w przyszłości...


Ale na zjeździe nie będzie nudno z co najmniej jeszcze jednego powodu: otóż w sądzie w Łodzi odbywa się właśnie rozprawa, w której stronami są byli właściciele lub współwłaściciele Widzewa - Sylwester Cacek i Zbigniew Boniek. Konkretnie - powodem jest Cacek, a pozwanym Boniek. Ten pierwszy chce dowieść, że upadek Widzewa został spowodowany czynami korupcyjnymi innego ze współwłaścicieli Widzewa, Wojciecha Sz., który zaangażował się na prośbę Bońka. Klub - ale dopiero za kadencji Cacka - został za te czyny dotkliwie ukarany (m.in. odebraniem prawa awansu do ekstraklasy w sezonie 2008/09), co spowodowało skrupulatnie wyliczone przez Cacka straty finansowe. Twierdzi on, że w trakcie rozmów o transakcji nie było mowy o tych korupcyjnych uwikłaniach Widzewa, bo gdyby wiedział, to w interes byłby się nie pchał. Wojciech Sz. dobrowolnie poddał się karze, Boniek - tłumacząc się, że nic o tym nie wiedział - wyszedł ze sprawy cało.
No ale toczy się inny proces. Kolejna z rozpraw odbyła się kilka dni temu i padły na niej pod adresem Bońka zarzuty - ze strony Cacka oczywiście - że m.in. w ramach rozliczenia transakcji przesłał na jego konto numeryczne w Szwajcarii milion sto tysięcy euro.


Tu „motyw na zastanowienie”: sprawą zainteresowały się właściwie tylko media łódzkie. Te centralne albo na proces nie dotarły, bo nie wiedziały, albo go zignorowały, albo... chciały zignorować. A przecież sprawy na wokandzie nie toczą się o czapkę śliwek, lecz o pieniądze dla przeciętnego śmiertelnika niedostępne, nadto z udziałem najbardziej znaczącej postaci polskiej piłki.


Mimo tego milczenia - a może właśnie dlatego - warto zadać pytanie, czy Bońkowe sprawy będą miały jakikolwiek wpływ na przebieg wyborów, w których różne argumenty, niekoniecznie zgodne z kanonami sztuki dyplomacji, mogą stać się orężem walki? Jak - nie przymierzając - w kampanii prezydenckiej w USA, gdzie wytacza się wszystkie możliwe działa? I czy dla zwolenników drugiej kadencji obecnego prezesa będą one miały jakiekolwiek znaczenie?


Ale też Boniek, oprócz pierwszej, udanej kadencji, ma jeden zasadniczy plus. Tym plusem jest... minus dla Wojciechowskiego - za ucieczkę ze statku pod banderą „Czarnych koszul”. Ucieczkę, jak tłumaczył wtedy, spowodowaną zniechęceniem i zmęczeniem futbolem. Od tego czasu jednak ani piłka, ani środowisko piłkarskie wcale się nie zmieniło. A ono wymaga, po pierwsze, swego rodzaju wierności w chwilach dobrych i złych, a po drugie - przewidywalności. Sądowe sprawy Bońka mogą więc zostać potraktowane ewangelicznie: kto bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem...

Z tej samej kategorii