Niech ten sen się nie kończy!

Kamil Stoch
 fot. Łukasz Olkowicz  /  źródło: Pressfocus

Kamil Stoch wkrótce po wczorajszym zwycięstwie w Zakopanem mówił, że to, co się dzieje, kojarzy mu się z pięknym snem, z którego nie chciałby się wybudzić. Ci, którym skoki narciarskie są bliskie - a im więcej sukcesów, tym oni liczniejsi - też nie chcieliby twardej i nieprzyjemnej pobudki.

Kamil zaliczył czwarte z rzędu zwycięstwo w konkursie Pucharu Świata, smakujące tym bardziej, że odniesione w bliskim mu Zakopanem; jest liderem klasyfikacji generalnej; z tyłu głowy ma świadomość triumfu w najbardziej prestiżowym Turnieju Czterech Skoczni; a jeszcze w otoczeniu kolegów z kadry, którzy nie są dla niego tłem, tylko ogromnym wsparciem. Trzech w sumie Polaków w pierwszej dziesiątce wczorajszej rywalizacji na Wielkiej Krokwi, drugie miejsce wywalczone w sobotę w konkursie drużynowym... To w istocie piękny sen, który jeszcze tak niedawno uznalibyśmy za nierealny.

 

Naturalną koleją rzeczy myśli biegną ku Stefanowi Horngacherowi i ku... słowom Łukasza Kruczka, który niedawno powiedział, że w pewnym momencie jego pracy z polską kadrą skończyła się między nim a zawodnikami chemia. On mówił i robił swoje, skoczkowie mówili i robili swoje. Niby wszystko działo się w formie, którą można byłoby uznać za dyplomatyczną, ale jednak w chłodzie i obojętności; i bez wiary, że postęp jest możliwy. Efekty? Wiadome.

 

Można zatem rzec - poniekąd mieszcząc się w banale - że Horngacher zadziałał jak nowa miotła, na swój sposób bezwzględna, strasząca swoją skutecznością, a i konsekwencjami dla tych, którzy do reguł przez nią narzuconych nie będą się stosować. Pojawiły się też w konsekwencji obawy, że to obezwładniające i słabo motywujące ciepełko, charakterystyczne dla epoki schyłkowego Kruczka, może dla niektórych skończyć się źle.

 

Te dzisiejsze sukcesy naszych skoczków można więc potraktować jako następstwo dobrze rozpoznanego mechanizmu psychologicznego, wiążącego się z jednej strony z obawą przed utratą dotychczasowego statusu i przywilejów, z drugiej - z wiarą, że skoro jest inaczej, to musi być i lepiej.

 

By jednak wprowadzić pewien element niepokoju, trzeba podkreślić, że efekt nowej miotły prędzej czy później się kończy. Dodatkowym niebezpieczeństwem jest to, że bezpośrednie zaplecze nie tworzy konkurencji dla naszych dzisiejszych kadrowiczów. Jest liche, w praktyce ich pozycji niezagrażające. A spokój w tym akurat elemencie nie jest budujący i inspirujący.

 

Trzeba tylko wyrazić nadzieję, że ten stan gotowości i gorączki zwyciężania jeszcze trochę potrwa, a co najmniej do przyszłorocznych igrzysk olimpijskich w Korei Płd., trudno bowiem o lepszą motywację niż start w igrzyskach. Przy dobrych więc wiatrach możemy pięknie śnić jeszcze kilkanaście miesięcy.

Z tej samej kategorii