U-21 stoi na piłkarzach Ruchu. Czyli spadkowicza z ekstraklasy

Łukasz Moneta
 /  fot. Rafal Oleksiewicz  /  źródło: Pressfocus

Trudno powiedzieć, że bez zmęczenia ogląda się występy młodych polskich piłkarzy w mistrzostwach Europy U-21. Ich gra wygląda na jakby archaiczną, powolną, pozbawioną kombinacyjnego zmysłu, co w dotychczasowych dwóch konfrontacjach - ze Słowacją i Szwecją - dało nam raptem punkt.


Z niejakim też trudem przychodzi patrzeć na grę zawodników, którzy mieli pretendować do roli liderów, a w wielu przypadkach są hamulcowymi. A już na kompletny paradoks zakrawa fakt, że prym w naszej drużynie zdają się wieść byli lub wciąż jeszcze aktualni piłkarze zdegradowanego z ekstraklasy Ruchu Chorzów: Patryk Lipski, Łukasz Moneta, Patryk Stępiński, trochę zamieszania (w tych minutach, które są mu dane) robi jeszcze Jarosław Niezgoda.
Nawet trudno to nazwać, nadać jakąś kategorię, znaleźć wspólny mianownik albo po prostu jakiekolwiek wytłumaczenie. Tak na logikę przecież, w drugiej pod względem ważności piłkarskiej reprezentacji naszego kraju, dominować powinni ci, którzy na co dzień grają za granicą albo wywodzą się z tych polskich klubów, które nadają ton rozgrywkom ekstraklasy. Widać Karola Linettego (Sampdoria Genua), widać jego dawnych kolegów z Lecha - Jana Bednarka, Tomasza Kędziorę, Dawida Kownackiego... Jagiellonię reprezentuje Przemysław Frankowski, z Legii... nie ma nikogo.
Zakładam, że trener Marcin Dorna zasadniczych błędów w selekcji nie popełnił i wybrał tych, którzy się najlepiej nadają do tej roboty. Inna sprawa, czy nie popełnił błędów w przygotowaniach (do słów Krystiana Bielika wracać jednak nie zamierzam) i czy na pewno obiera najlepszą taktykę, skoro - jako się rzekło - ogląda się grę młodych biało-czerwonych z niejakim wysiłkiem estetycznym i emocjonalnym.
Mamy więc do czynienia z paradoksem, związanym z dominacją piłkarzy chorzowskiej proweniencji. Z jednej strony, rzuca to dobre światło na robotę Waldemara Fornalika, który w Ruchu miał do dyspozycji zawodników zasadniczo niechcianych gdzie indziej, bo trudno inaczej powiedzieć o Niezgodzie, Monecie, swego czasu również Stępińskim, a jednak z każdego z nich potrafił wykrzesać tyle, że zdołali się wyróżnić w polskiej ekstraklasie i dorosnąć do kadry. Z drugiej strony, nakazuje to zastanawiać się nad jakością i skutecznością tej pracy w tzw. topowych klubach. Teoretycznie to stamtąd piłkarze powinni mieć „największe branie”, teoretycznie to tam, gdzie miód i mleko płyną, powinno być zagłębie największych talentów, napierających na miejsca w kadrze narodowej. Najwyraźniej tak się nie dzieje.
Brutalnie podchodząc do sprawy, można byłoby rzec, że taki układ personalny naszej kadry młodzieżowej jest odbiciem chaosu szkoleniowego, organizacyjnego, może wręcz... wychowawczego, jaki panuje w polskich klubach, gdzie domorosłe gwiazdki jakby zyskały pewność, że są wielkie i nie do zastąpienia; że w związku z tym wszystko się im należy; że walczyć o własny postęp już nie muszą. Szybko po prostu wstępują w fazę samozadowolenia. A to już krok do sportowej autodestrukcji.
Za duże słowa? Pewnie i za duże. Mimo wszystko chyba warto wziąć pod uwagę te chorzowskie skojarzenia, bo rzucają światło na to, co dzieje się w polskiej piłce. Dziwne rzeczy pozwala dostrzec...

 

Komentarze

Napisz komentarz
No photo
No photo~ObserwatorUżytkownik anonimowy
~Obserwator :
No photo~ObserwatorUżytkownik anonimowy
Ale z Tym Patrykiem Stępińskim, to się Pan redaktor nie popisał....
21 cze 12:08 | ocena:100%
Liczba głosów:1
0%
100%
Link do tego komentarza:
Z tej samej kategorii