Fragment większej degrengolady

Legia Warszawa - Borussia Dortmund, kibice
 fot. Piotr Kucza  /  źródło: newspix.pl

Kibole to warci kryminału szkodnicy, mający katastrofalny wpływ nie tylko na wizerunek klubu, ale i na jego finanse.

Echa pozbawienia przez UEFA możliwości bezpośredniego - z trybun stadionu Legii - oglądania Realu Madryt będą jeszcze dudnić długo. De facto - powinny dudnić przez lata, być jak memento na wypadek uspokajających mów działaczy, jakoby dogadywali się z kibolami. Bo myślą, że jak pogadają, to i się dogadają; że problemu nie będzie dzisiaj, nie będzie jutro, może nie będzie wcale. Oczywiście będzie, bo nawet jak przez przypadek będzie szansa na jakiekolwiek ustalenia z liderami, to na stadionowe wojenki pójdą odłamy kibolskich grup, które mają takie „deale” tam, gdzie plecy kończą swoją szlachetną nazwę. A same kluby będą płacić raz mniejsze, raz większe sumy liczone w złotówkach lub euro. I cierpieć.

 

Legia już cierpi okrutnie i bez wątpienia będzie cierpieć nadal. Już od dłuższego czasu była na widelcu UEFA, a teraz w ogóle - znalazła się na muszce, by zostać odstrzeloną (czytaj: odsuniętą od udziału w rozgrywkach międzynarodowych), co na dłuższą metę pachnie unicestwieniem klubu, którego satysfakcja będzie się zaczynać i kończyć na zdobywaniu mistrzostwa Polski. Satysfakcja to bardzo ułomna, bo nijak tego tytułu nie będzie mogła skonsumować na arenie europejskiej, a przy okazji zdobyć uznanie i pieniądze.

 

Mamy więc kolejne (setne? tysięczne?) potwierdzenie, że jest kategoria rozmów, których się nie podejmuje. Z partnerami niepoważnymi, niewiarygodnymi, niegodnymi zaufania, rzucającymi słowa na wiatr. Mamy też kolejne potwierdzenie, że są to warci kryminału szkodnicy, mający katastrofalny wpływ nie tylko na wizerunek klubu, ale i na jego finanse, co zresztą bardzo ściśle się ze sobą łączy.

 

Wiadomo oczywiście, że jest to problem znacznie powszechniejszy, nie tylko warszawski. Na pieńku z UEFA ma ze zbliżonych powodów również Lech Poznań, a z PZPN-em bodaj więcej niż połowa klubów ekstraklasy (choć i niżej dużo lepiej nie jest). Tylko w tym sezonie mecze o ligowe punkty bez udziału widzów rozgrywały Cracovia i Ruch Chorzów. Trudno wykluczyć, że w bliższej czy dalszej przyszłości nie przydarzy się to innym drużynom. Niestety, nie mamy do czynienia z pojedynczymi przypadkami, a z regułą. Tym dotkliwszą i boleśniejszą, że kibolska działalność, jeśli znajduje jakikolwiek odpór, to jest on werbalny, a nie rzeczywisty.

 

Bierze się to niechybnie stąd, że kibole od dłuższego czasu schowani są pod płaszczykiem ochronnym nałożonym na nich przez część polityków i kleru. Pod tym płaszczykiem czują się praktycznie bezkarni i z góry rozgrzeszeni. A winne za ich występki są zawsze kluby (zła organizacja, złe zabezpieczenia itp.). Smutna na koniec, ogólniejsza konstatacja - kibolskie przypadki pokazują, jak rozmyły się w naszym kraju pojęcia postępowania dobrego i złego. Każdy czyn da się zrelatywizować; to, co czarne, nazwać białe, i na odwrót. Patrząc z tej perspektywy, problem Legii i innych polskich klubów jawi się jako fragment większej całości, czyli - nazywając rzecz po imieniu - fragment większej degrengolady. By tak rzec - kulturowej.

Z tej samej kategorii