Ostrzeżenie przed zimnym potem

Polska - Armenia
 fot. Tomasz Folta  /  źródło: Pressfocus

Dzisiaj pierwszy z dwóch ostatnich egzaminów dojrzałości. Nie tylko tej sportowej, ale i nawet życiowej - pisze o meczu Armenia - Polska dziennikarz „Sportu”, Andrzej Grygierczyk.

My mamy wygrać z Armenią, a Czarnogóra zremisować z Danią - to taki idealny scenariusz, którego prawdopodobieństwo jest jak... 50 do 50. Czyli sprawdzi się albo i nie. Najlepiej zrobić swoje - odnieść w Erywaniu zwycięstwo, a martwić się później, za cztery dni, kiedy to my podejmować będziemy Czarnogórę, a Dania Rumunię.

 

Ale ostrożności nigdy za wiele... W Warszawie z Armenią męczyliśmy się okrutnie, do ostatniej minuty meczu, a poległa z nią Czarnogóra, robiąc nam trudną jeszcze dzisiaj do ocenienia (przecenienia) przysługę. Nie sposób o tym nie pamiętać w kontekście tego, co za kilka-kilkanaście godzin ma nastąpić. Tak jak i o wielkich kłopotach w pierwszym meczu eliminacji z Kazachstanem, co zdaje się podpowiadać i sugerować, że na tym dalszym wschodzie bywa nam nielekko.

 

Czytając i słuchając naszych piłkarzy i innych członków ekipy, a także wszelkiej maści komentatorów, można dojść do wniosku, że wszyscy zdają sobie sprawę, że czeka nas nie tylko bardzo ważny, ale i ciężki bój. No i dobrze, no i słusznie, szacunek i respekt należy się każdemu.

 

W tym momencie podzielę się wszakże bardzo osobistym odczuciem: ta nasza kadra jakby straciła część pewności siebie, z którą przystępowała do eliminacji (jeszcze na fali dobrego występu w finałach mistrzostw Europy), a którą zdawały się podtrzymywać zwycięstwa nad Rumunią i Czarnogórą. Trudno precyzyjnie wskazać przyczyny, dla których na tej pewności pojawiły się rysy, choć można podejrzewać, że sprawiły to m.in. zawirowania transferowe. Niektórzy piłkarze bardziej chcieli niż... chcieli ich potencjalni kontrahenci. Czy w takiej sytuacji, gdzieś w tle, nie pojawia się coś, co możemy nazwać syndromem odrzucenia? Na głowę takie odczucia - wolą innych, nie jesteś dość przydatny - dobrze na pewno nie robią. Tak jak i to, że nie mieścisz się w składzie, grzejesz ławę lub wręcz siedzisko na trybunach. I z tym przecież mieliśmy do czynienia, a najbardziej spektakularnym tego przykładem była osoba Grzegorza Krychowiaka. No i jeszcze kontuzje, no i wypływające bokiem sprawy „natury wychowawczej”... Taka nadszarpnięta pewność sprawia, że i entuzjazm jest jakby mniejszy, mimo że po drodze – kroczek po kroczku – wspinaliśmy się na nieosiągalne dla nas wcześniej miejsca w rankingu FIFA i wciąż byliśmy (jesteśmy) liderami grupy eliminacyjnej.

 

Czy z kumulacją tego wszystkiego mieliśmy do czynienia na początku września w Kopenhadze, w spotkaniu, o którym Robert Lewandowski powiedział, że zdarza się raz na kilka lat? Oby tak było, oby to rzeczywiście był ten „szczytowy punkt kryzysowy” - a jednocześnie przełomowy - po którym może być już tylko lepiej.

 

Dzisiaj pierwszy z dwóch ostatnich egzaminów dojrzałości. Przyjmijmy, że nie tylko dojrzałości sportowej, ale i nawet życiowej. Dla części naszych piłkarzy, jeśli zostaną one oblane, nie będzie już szansy na kolejne. Choć i tak najbardziej będziemy oblani my - kibice. Zimnym potem...

Z tej samej kategorii